Autem przez Gruzję… do Iranu romb Piotr Karwecki

12 Sierpnia- Baku- QUBA- XINALIK

Rano mała zmiana planów. Wieczorem poprzedniego dnia doszliśmy wniosku ,że możemy gdzieś utknąć na górskich drogach w okolicach Quby/ Guby i nie zdążyć na noc z powrotem do naszego fajnego hotelu. Wybraliśmy rozwiązanie kompromisowe. Poprosiliśmy personel aby nie zmieniali pościeli w pokoju do 9 wieczorem .Na wypadek gdybyśmy mieli nie wrócić wzięliśmy numer telefonu i spakowaliśmy wszystko do auta. Umówiliśmy się , że około 8 wieczorem zadzwonimy i powiemy czy będziemy na noc czy też coś się wydarzyło i nie wrócimy. Oczywiście zapłaciliśmy tylko za jedną noc.

Sympatyczny Azer o imieniu Azad idealnie wskazał nam drogę na Gubę tak abyśmy nie poplątali się na przedmieściach Baku. Podobnie jak w Gruzji niemalże zerowe oznakowanie dróg sprawiło nam już niejedna niespodziankę w Azerbejdżanie. Po 8 kilometrach trafiliśmy na wskazany przez Azada wiadukt na którym skręciliśmy na Gubę. Oczywiście nie oznakowany , a droga jedna z ważniejszych w kraju….

Wjechaliśmy po paru kilometrach na supernowoczesna betonowa kilkupasmową autostradę. Z coraz większym zdziwieniem otwierałem oczy . Wydawało nam się , że jesteśmy w jakimś Dubaju, czy jakimś innym supernowoczesnym mieście. Mijaliśmy wspaniałe biurowce, potężne supernowoczesne zakłady. Co chwile piękne rozjazdy , bezkolizyjne skrzyżowania.


Budujące się piękne osiedla mieszkaniowe. Centra handlowe- przeważnie tureckie na podobieństwo Blue City czy Maximus k/Warszawy. Pomyślałem sobie , kurczę jestem w jakimś innym kraju niż ten opisywany w różnych gazetach czy książkach. Kurczę, jesteśmy w innym kraju niż ten z opowieści przygodnych rozmówców. Niezależnie od faktu , że to stolica i metropolia widać było tutaj mnóstwo pieniędzy inwestowanych przez państwo { infrastruktura } oraz inwestorów zewnętrznych { centra handlowe, zakłady , salony } .


Nawet jeśli Azerbejdżan jest na początku bomu związanego ze swobodą dysponowania swoimi zasobami ropy to wyprzedzająco koncerny międzynarodowe już teraz lokują tam swoje pieniądze i inwestycje. Przez kilkanaście kilometrów podążając na północny zachód mijaliśmy przykłady cywilizacyjnego i przemysłowego skoku Azerów. Niestety nigdzie nie mogliśmy zatankować chcąc płacić karta Visa. Podobno tylko w Baku… No, w tym przypadku Gruzja jest bardziej światowa. Mieliśmy niewiele manatów i musieliśmy później szukać jakiegoś banku i bankomatu.

Przyjemność mknięcia po świetnej drodze i przyglądania się takim swojskim , industrialnym krajobrazom przy pięknej , słonecznej pogodzie psuły nam częste posterunki policji drogowej . Co parę kilometrów stały nowiutkie BMKI i panowie policjanci łapali na radar. Musze powiedzieć ,że skutecznie bo zawsze stały przy nich jakieś ofiary. Muszę też powiedzieć ,że po jakimś czasie straciłem orientację kiedy i jak oznakowane są ograniczenia lub zakazy. Nie wiedziałem też jak oznakowany jest koniec zakazu. Kompletny chaos w tym względzie dający pole do korupcji . Postanowiłem się więc trzymać blisko tubylców jadących przede mną i naśladować ich poczynania . Na tyle skuteczne było to posunięcie, że kilku z nich zatrzymano tuż przede mną a my szczęśliwie jechaliśmy dalej . Do czasu , ale o tym później.

Kiedy dotarliśmy do brzegów Morza Kaspijskiego i jechaliśmy prawie przy jego brzegu ujrzeliśmy dziwny krajobraz. Zdewastowana przestrzeń pomiędzy brzegiem morza, a jezdnią mieniła się różnymi kolorami. Ogromne obniżenia w ziemi, dziury wypełnione jakimiś substancjami żółto, czerwono, brązowo , czarnymi. Całe kilometry takiego krajobrazu.


Po jakimś czasie na fragmencie takiego terenu zobaczyliśmy żurawie naftowe pracowicie pompujące ropę spod ziemi. Sprawa się wyjaśniła . To były pozostałości po eksploatowanych wcześniej przy brzegu morza pokładach ropy. A różne kolory mazi w obniżeniach to ropa zmieszana z piaskiem , wodą morską i solą. W niektórych miejscach stały jeziora ropy. W oddali , w morzu widać było wieże naftowe. Azerbejdżan dosłownie leżał na ropie, czasami tkwiącej kilkanaście metrów pod ziemią.


Dla odmiany po lewej stronie drogi bardzo blisko widzieliśmy fantazyjne płaskowyże skalne wyrastające wprost z brzegu na kilkaset metrów w górę. Jedne z płaskimi , rozłożystymi szczytami , inne poszarpane , dzikie.


Jechaliśmy na północny zachód w kierunku rosyjskiej granicy, a w zasadzie w kierunku granicy z Dagestanem i Czeczenią tkwiącymi za potężnymi górami. Jedynie jej niewielki kilkudziesięciokilometrowy fragment przy brzegu M. Kaspijskiego jest nizinny i tam prowadzi jedyna droga miedzy Rosją i Azerbejdżanem . Niestety , przejazd tylko dla Rosjan i obywateli WNP. Rosjanie nie mogą się pogodzić z niepodległościowymi aspiracjami kaukaskich narodów i prowadzą bandycką politykę izolowania niektórych krajów, w tym Azerbejdżanu.


Spotkała nas ciekawa i śmieszna historia. Niedaleko Guby zgubiliśmy drogę w miejscu gdzie kończyła się autostrada . Zatrzymaliśmy się koło młodzieńca czekającego na przystanku pytając o drogę do Guby. Wykorzystał okazję i pod pozorem prowadzenia nas, odwiózł się do domu, a my nadrobiliśmy 30 kilometrów. Śmialiśmy się później ze swojej naiwności, a mądrości młodych ludzi z Kaukazu.


Guba/Quba/ Kuba jest starym i ciekawym miastem składającym się w zasadzie z dwóch różniących się od siebie części. Jedną część miasta oddzieloną od reszty rzeką Gudujalczaj stanowi dzielnica Krasna Sloboda zamieszkana w większości przez społeczność żydowską. Jest to praktycznie inne miasto. Wyraźnie różni się architekturą, poziomem czystości i atmosferą od pozostałej na drugim brzegu miasta.


Diaspora żydowska mieszka tam od XIII wieku nieprzerwanie , obecnie ok.5000 osób .Posiadają kilka synagog { przed rewolucja październikową podobno było ich 22}. Na wysokim brzegu rzeki powyżej dzielnicy żydowskiej widzieliśmy ogromny, piękny i zadbany Kirkut .


Zwracały z ulicy naszą uwagę wizerunki menor na dużych macewach. O ileż ciekawsza bardziej egzotyczna i urozmaicona byłaby nasza polska kultura i krajobraz społeczny gdyby nie holokaust. Dzisiaj czasami opowiada się kawały żydowskie a raczej o Żydach , ale one są już martwe. Czasami w tych dowcipach przekazywana jest wielowiekowa mądrość tej nacji . Jest taki żydowski dowcip o Żydzie narzekającym na swoje małe mieszkanie i ciężki los z tego powodu. Kiedy ów Żyd poskarżył się na los Rabinowi ten nakazał zaprosić Ickowi swoja daleką rodzinę z innego miasta na dwa tygodnie do swojego małego mieszkania. Icek był przerażony , jak to, do takiego małego mieszkania jeszcze rodzinę w gości????


Ale jako posłuszny mądremu Rabinowi, Żyd tak uczynił . Co tam się działo….. Ale po kilku dniach Rabin nakazał aby część rodziny sobie pojechała , zapytany o odczucia Icek ze zdumieniem stwierdził ,że w domu zrobiło się jakby lepiej po wyjeździe części rodziny I tak co kilka dni . Kiedy wyjechali wszyscy goście Rabin zapytał się Icka jak tam w domu na co ten odparł, że ma teraz tyle miejsca w mieszkaniu i dom wydaje się teraz jakiś taki duży. No widzisz, a dwa tygodnie temu narzekałeś, że masz okropnie małe mieszkanie. Ot i mądrość żydowskich dowcipów. Musisz mieć najpierw bardzo żle , żeby wiedzieć co jest dobre. Taka pokora życiowa wynikająca z doświadczeń.


Pospacerowaliśmy trochę po wąskich uliczkach dzielnicy wzbudzając zainteresowanie młodych Żydów . Jak to Żydzi , widać było ,że są bardziej zaradni niż mieszkańcy lewej strony rzeki. Wiele domów to były piękne rezydencje, z ogromnymi bramami wjazdowymi , raz drewnianymi i pięknie rzeźbionymi { niektóre w ornamenty przypominające gwiazdę Dawida} , inne metalowe, również pięknie kute . Przed domami stały ekskluzywne samochody różnych marek . Kiedy tak spacerowaliśmy robiąc zdjęcia widocznie młodzi mieszkańcy chcieli się popisać swoja zamożnością przed przybyszami bo nagle wielu młodych ludzi odpaliło swoje kabriolety, BMW, Mercedesy i inne i zaczęli sobie koło nas od niechcenia jeździć. Ku naszemu zdumieniu w kilku autach siedzieli co najwyżej 12-latkowie.

Wróciliśmy na azerską stronę miasta , która swoją biedniejszą zabudową wyraźnie odbiegała od zamożniejszej prawobrzeżnej sąsiadki. Tutaj poza strefą głównych ulic zabudowa była niska , było brudno , przy krawędziach ulic były rynsztoki, chodniki dziurawe, o ile były. No i brudniej. Przy głównych ulicach to już inny świat , banki, biurowce, i wiele budów. To było widać nowy Azerbejdżan – ten z ropy.

W Gubie przeżyliśmy mały horror bo w kilku bankach nie mogliśmy wybrać pieniędzy z bankomatu . Dopiero w którymś z kolei przy pomocy pracownika banku przeprowadziliśmy tą operację. Przy czym musieliśmy dać dwukrotnie zarobić temu bankowi. Chcieliśmy wypłacić część pieniędzy w dolarach gdyż tej waluty potrzebowaliśmy do Iranu{ tam nasze karty nie działają , trzeba mieć gotówką} ale niestety mogliśmy wypłacić tylko manaty, a następnie w tym samym banku zamienić je po kiepskim kursie na USD.

W Gubie zjedliśmy świetny obiad . Nie bardzo wiem co jedliśmy, ale były to jakieś pulpety w gęstej zupie, szaszłyki, dużo warzyw, ser , no i trochę czerwonego wina. Pulpety były tak duże ,ze wystarczyłyby za cały obiad. W Azerbejdżanie celebruje się jedzenie podobnie jak i na całym Bliskim Wschodzie i Kaukazie . Było nam szkoda ,że nie mogliśmy przysiąść na pół dnia na tym tarasie restauracji i delektować się specjałami ich kuchni. Obok nas siedzieli inni goście mający zastawiony stół różnymi potrawami i niespiesznie zajadali palcami od czasu do czasu przepijając jakąś wódką.

Pojechaliśmy w stronę Qusar , bowiem z książki wynikało , że aby dojechać do najciekawszej wsi na Kaukazie – Xinalik- lezącej na wysokości prawie 2150 , należy dojechać do tego miasta. Przekonaliśmy się po raz wtóry , że autor książki z której korzystaliśmy nie był w Azerbejdżanie wcale lub nie był w miejscach , które opisywał bowiem po dojechaniu do miasta Qusar okazało się ,że dojazd do Xinalik był niestety z miasta Guba , z którego właśnie przyjechaliśmy. Wróciliśmy więc i zupełnie przypadkowo w Gubie trafiliśmy na właściwa, ale trudną do znalezienia drogę wyjazdową.

Początkowo droga łagodnie wspinała się kilkanaście kilometrów wśród zarośniętych niewysokimi drzewami wzgórz. Drzewa miały tak rozłożyste i liściaste korony , że w czasie jazdy było zupełnie ciemno. Pomiędzy drzewami co chwila majaczyły budynki małych barów, restauracji i ośrodków wypoczynkowych , hoteli. Ta część Azerbejdżanu jest jedna z częściej odwiedzanych przez azerskich turystów.

W książce znowu nieprawdziwy opis { być opisujący stan sprzed wielu lat , ale książka z 2009 } mówiący ,że droga w fatalnym stanie . Faktycznie na ¾ kilkudziesięciokilometrowej drodze pod górę był asfalt. Natomiast sama droga niesamowita. Powiem szczerze , że była to chyba najbardziej trudna , stroma i kreta górska droga jaka jechałem kiedykolwiek samochodem. Ewa mimo szkoły przeżycia w Swanetii i czasie jazdy do Lahicz wczoraj cały czas się modliła.


Gdyby nie było na drodze asfaltu to z pewnością nie dałoby się jej przejechać . Przez znaczna część drogi jechaliśmy na podjazdach na biegu z włączonym napędem 4x4. Droga autentycznie na jedno auto na wielu odcinakach bez zabezpieczeń, z zakrętami , które wymagały łamania się w obliczu kilkudziesięciu bezpiecznych centymetrów w obie strony.


Robiłem dobra minę ale też byłem w lekkim przestrachu. Miejscami , podobnie jak na drodze do Lahiicz i wcześniej do Uszguli w Swanetii jechaliśmy półkami skalnymi gdzie droga był wykuta w skale tworząc półtunel z nawisem nad autem i przepaścią z boku.


Takie półtunele z nawisem robi się w górach kiedy wcześniejsza na skutek zwałów , oberwań jest już zbyt wąska a nie ma możliwości jej poszerzenia . Przejeżdżaliśmy też przez małe, często zdemolowane mostki w miejscach gdzie droga przechodziła przez dolinki i przełomy. Widać było , że często te mostki naprawiano, a po fragmentach betonu w rzece , że często są budowane od nowa.



Naprawdę najbardziej niesamowicie widokowa { ale nie off-roadowa} droga w tej części podróży. Przed nami jechał duży Range Rover , który w pewnym momencie nie mógł sobie poradzić na podjezdzie , już myśleliśmy , że stoczy się w przepaść, ale w ostatniej chwili udało się zatrzymać i po chwili kierowca zjechał na bok i wyszedł z auta – był w wyraźnym szoku.


Na bardzo stromym podjezdzie był tam ostry, wąski zakręt. Kierowca widocznie chciał zredukować na niższy bieg w tym momencie, bo auto się dławiło i stawało, ale nie udało mu się i auto zgasło. Zanim zareagował hamulcem auto zaczęło się toczyć w dół….

Najgorsze było to , że na niektórych zakrętach na półkach skalnych nie było absolutnie widoczności drogi za zakrętem i nigdy nie było wiadomo czy na półce mającej szerokość na jedno auto nie znajda się na tym zakrycia dwa auta naprzeciw.


Mieliśmy takiego farta , że nie było takiej sytuacji, ale gdzieniegdzie widząc auto daleko w górze czekaliśmy w dogodnym miejscu na przejazd.

Po przekroczeniu wysokości 2000 metrów wjechaliśmy w ogromna dolinę , gdzie w szerokim rozlewisku wśród czarno szarych łach piasku, żwiru i kamieni płynęła leniwie ta groźna później rzeka Tutaj wysoko w szerokiej dolinie była niewinna jak niemowlę. Ta zmiana była dla nas jak zbawienie, bo poziom stresu połączonego z zachwytem wyprowadził nas z równowagi wskazanej podróżnikom. Byliśmy mocno podekscytowani i podenerwowani. A tutaj taka zmiana i również piękny i zarazem kojący krajobraz.

Ukoiliśmy swoje nerwy przez kilka kilometrów, tutaj droga była szersza ale też inna. Zbocza gór wokół ogromnej doliny były łagodniejsze i jakby zbudowane z innych minerałów. Więcej w zboczach było miałkiego surowca przypominającego miał węglowy lub żużel . W jednym miejscu mała równiarka poszerzała drogę wyrywając kilkadziesiąt centymetrów górze i wyglądało to tak jakby wybierała ona miałki węgiel z hałdy.

Wszelkie prawa zastrzeżone © Copyright by kaukaz.pl