Autem przez Gruzję… do Iranu romb Piotr Karwecki

13 SIERPNIA- BAKU- DŻALILABAD c.d.

Dobrze po południu dojechaliśmy do Gobustanu, gdzie znajduje się jedna z atrakcji turystycznych Azerbejdżanu- rezerwat naskalnych rysunków z okresu paleolitu oraz tzw. wulkany błotne. Bez pomocy nachalnych taksówkarzy dotarliśmy przed bramę rezerwatu . Jadąc w jego kierunku rzucił się nam w oczy niezwykły widok . Z pustynnej równiny wyrastały jak grzyby kamienne płaskowyże Mniejsze, większe , co kilka kilometrów.


Kojarzyły się z podobnymi formacjami skalnymi z amerykańskiej pustyni. Tutaj niezwykłości dodawał fakt , że zaraz obok widać było taflę Morza Kaspijskiego. Nasz płaskowyż był znacznie większy od pozostałych i pocięty był szczelinami i małymi kanionami. Po wejściu troszkę wyżej widać było leżące niedaleko morze.


Niegdyś poziom morza był znacznie wyżej , sięgało ono aż do tego płaskowyżu. W jego ścianach były jaskinie i korytarze a na nich mnóstwo naskalnych rysunków. Prehistoryczni ludzie siedzieli sobie nad brzegiem szumiącego przed tysiącami lat morza i z nudów rysowali sceny ze swego życia na skałach.


Paleolityczny rezerwat zajmuje prawie 100 hektarów . Niestety, w jego obrębie nie było słynnych wulkanów błotnych , których ponadto nie ma też na mapie . Ale od czego są uczynni i przedsiębiorczy tubylcy. Pracownik rezerwatu zaoferował nam swoje usługi i za 10 manatów stał się przewodnikiem. Musieliśmy zawrócić i po ok.10 kilometrach po pustynnych drogach dotarliśmy do tego dziwactwa natury. Z płaskiego terenu wyrastały szare, niewysokie { może 10 metrowe} niewielkie pagórki ze spłaszczonymi szczytami .Na ich szczytach bulgotało błoto w dziesiątkach mini kraterów.


Co jakiś czas bulgotanie zamieniało się w gwałtowny wyrzut szarej mazi na metr, dwa w górę. Wulkany były efektem działania gazów w pokładach ropy zalegającej pod ziemią, Ze zdziwieniem zauważyliśmy po zanurzeniu rąk w kraterach , że maź w nich jest zimna. A wulkany raczej kojarzyły nam się z gorącem.


Wjechaliśmy autem na szczyt tego cudu i w tej księżycowej scenerii zrealizowaliśmy świetną sesje filmowo fotograficzną.


I to już był koniec naszego turystycznego pobytu w Azerbejdżanie. Pozostał nam już tylko transfer w kierunku irańskiej granicy odległej o kilkaset kilometrów. Było już późno , zmierzchało ale postanowiłem , że noclegu będziemy szukać jak najbliżej irańskiej granicy tak, aby na drugi dzień odprawiać się przed południem. Obawiałem się { i słusznie jak się okazało } ,że przekraczanie granicy może trochę potrwać, a wiedziałem ,że w Iranie państwowe urzędy w piątek po południu są nieczynne. Niestety, nie byłem pewien czy dotyczy to przejść granicznych. Wolałem mieć zapas czasu.


Przejechaliśmy przez rzekę Kur ,która stanowi niepisaną granicę miedzy Azerbejdżanem „ rosyjskim „ , a Azerbejdżanem z większymi wpływami irańskimi i wjechaliśmy na zielony , nizinny i chyba tez depresyjny obszar. Wskazywał na to GPS. Ziemia była poprzecinana kanałami , z których część znajdowała się powyżej terenu. W nocy dotarliśmy do Dżalilabadu , gdzie metodą „ koniec języka za przewodnika „ znaleźliśmy hotel.



Co ciekawe hotel znajdował się na terenie wielkiego orientalnego ogrodu z jeziorkiem pośrodku , a całość usytuowana była na tyłach budynku –byłej siedziby komitetu obwodowego partii komunistycznej. Jak nam powiedział rano na parkingu przechodzień , były sekretarz uwłaszczył się na byłych partyjnych ogrodach , gdzie wybudował ekskluzywny hotel – jak wiemy milionerzy rodzą się najczęściej w okolicach władzy , jakakolwiek by ona była….Hotel był oczywiście pusty, na kilkadziesiąt pokojów byliśmy tylko my i jeszcze dwóch gości. Mimo ekskluzywności udało się zbić cenę za noclegu z 60 na 30 manatów . Argumentem ostatecznym z naszej strony była chęć odjazdu.


Wszelkie prawa zastrzeżone © Copyright by kaukaz.pl