
Z napięciem czekaliśmy na odpowiedź z irańskiej ambasady w sprawie wiz. Od tego wszystko zależało, córka Ania dostała przecież w zeszłym roku odmowę. W tym roku z powodu napiętej sytuacji polityczne i zamieszek powyborczych w Iranie były problemy z wizami. Zamiast po dwóch tygodniach wizy otrzymaliśmy w końcu po miesiącu. Hurra !!!!!
Teraz mogliśmy starać się o 5 dniową wizę tranzytową do Azerbejdżanu. W innym przypadku byłoby to niemożliwe. Mając wizę innego kraju docelowego ambasada azerbejdżańska musiała nam wydać wizę tranzytową. Po kolejnym tygodniu odebraliśmy paszporty z dwukrotnym tranzytem …Dlaczego z dwukrotnym ??? Baliśmy się ,że podobnie jak w 2008 roku może zacząć się jakaś wojna na tym zapalnym terenie, jakakolwiek , azersko-armeńska, rosyjsko- gruzińska, turecko – armeńska albo w końcu irańsko-izraelska. Mając więcej wiz w paszporcie zwiększaliśmy swoje możliwości powrotu w razie jakiegoś konfliktu.
Trzy tygodnie przed wyjazdem mając już wszystkie wizy musieliśmy załatwić ostatnia rzecz. Na wjazd do Iranu własnym samochodem niezbędny jest Carnette de Passage czyli gwarancja celna. Niestety jest to dość kosztowny dokument bo w roku 2009 kosztował nas 20 000 PLN. Taką sumę trzeba wpłacić na konto PZM Travel jako partnera szwajcarskiej firmy asekuracyjnej, aby otrzymać ten dokument . Oczywiście jeśli szczęśliwie się wróci tym samym samochodem do Polski z Iranu to ta suma jest zwracana ale trzeba na 2 miesiące taka sumę zamrozić na koncie PZM –otu. Po małych perypetiach udało się na parę dni przed wyjazdem ten dokument załatwić.
Do Gruzji wiz nie potrzebujemy więc droga już była otwarta. Jeszcze porobiliśmy kserówki wszystkich dokumentów, trochę zakupów na prezenty, trochę gadżetów. Trochę jedzenia do szybkiego przyrządzanie typu makaron ryżowy, sojowy, kasza kus-kus, gorące kubki, energetyki itd. no i jeszcze Ewa jako sanitariuszka wyprawowa profesjonalnie i ze znawstwem przygotowała apteczkę na każde warunki – przydała się.
Więc w drogę…..

To był ten fragment wyprawy któreg nie lubimy . Męczący transfer … Tylko jazda i jazda non stop. Jechaliśmy przez Ukrainę bo zostało nam trochę hrywien z zeszłego roku wiec postanowiliśmy je wydać na tanie ukraińskie paliwo. Na granicy upierdliwy ukraiński pogranicznik przez godzinę szukał numeru nadwozia na naszym Pajero i marnował nasz czas. Po znalezieniu w paszporcie irańskich wiz zleciało się pół obsady ukraińskiego przejścia i w końcu jeden ze starszych celników opieprzył tego upierdliwego i nakazał mu zaprzestać nas męczyć stwierdzając z grozą i grobową miną : „daj im spokój , oni jadą do Iranu….” Fajnie.
Pierwszą noc przejechaliśmy, a w Rumunii kilkugodzinna drzemka w dzień gdzieś w polu i kolejna noc już Bułgarii pomiędzy Veliko Tarnowo a Gabrovem w świetnym hotelu za niewielkie pieniądze. Rano po śniadaniu właścicielka zaprowadziła nas do położonego w głębokim jarze kilkaset metrów obok, średniowiecznego monastyru. Po krótkim spacerze w dół dotarliśmy do rwącej rzeki przez który przerzucony był wysoki drewniany most . Na jego drugim krańcu wprost na brzegu wyrastał piękny kompleks zakonny. Widać było, że niegdyś pełnił też funkcje obronne. Monastyr miał wygląd średniowiecznego zamku .Grube kamienne mury zewnętrzne z małymi otworami dla łuczników czy strzelców. Wewnątrz kamiennych obwarowań przy ich wewnętrznej stronie były drewniane zabudowania . Dachy tych zabudowań pełniły jednocześnie funkcje pomostu po którym można było chodzić wzdłuż muru i obserwować co się dzieje na zewnątrz kompleksu. Pośrodku kompleksu stał surowy budynek cerkwi z małym otworem drzwi obramowanych monumentalnym kamiennym portalem. Cały monastyr tętnił życiem. Kręciło się mnóstwo ludzi. W monastyrze organizowane były jakieś kolonie dla zaangażowanej religijnie młodzieży, która mieszkała w drewnianych przybudówkach wzdłuż murów. Kręciło się tez paru turystów z naszego hoteliku. A pośród tej młodzieży, turystów i nas przemykali brodaci mnisi w długich czarnych szatach i czarnych czapkach.