
Pobyt w hoteliku zaczął się od małego nieporozumienia . Swanka , która nas przyjmowała nie bardzo posługiwała się jakimkolwiek językiem poza swoim dialektem i na moje zapytanie ile kosztuje nocleg ze śniadaniem dla dwóch osób powiedziała , że 60 lari . Przezornie postanowiłem zapłacić zaraz po rozpakowaniu auta i wówczas okazało się ,że ta cena była za jedną osobę. Okazaliśmy swoje niezadowolenie i wachanie czy zostać, mimo ,że było już ciemno { w końcu mieliśmy namiot albo wygodne spanie w aucie} i po krótkiej wymianie spojrzeń cena zeszła do 80 lari za noc ze śniadaniem plus 5 lari za skromną kolację.
Tę noc w Uszguli z 6 na 7 sierpnia zapamiętam długo. Musiałem wcześniej coś zjeść nieświeżego, albo napiłem się czegoś trefnego bowiem już po drodze do Uszguli miałem sensacje żołądkowe. W nocy nie zmrużyłem oka …Co kilkanaście minut biegałem do toalety i tak całą noc. Ewa oczywiście z powodu moich problemów też niewiele spała .Usnęliśmy kiedy było już jasno. Ze śniadania oczywiście nie skorzystałem i wiedziałem już, że tego dnia w moim menu będzie dominować tylko woda.

Około 10.00 pojechaliśmy zwiedzać osadę. Pojechaliśmy, a nie poszliśmy , gdyż z powodu nocnej biegunki byłem bardzo słaby . Podjechaliśmy pod cerkiew LaMaria na szczycie wzgórza , na którym stała też obok swańska kamienna wieża. Całość otoczona kamiennym murem . Dodatkowo wewnątrz kompleksu trzeba było również przejść przez kolejne małe, stalowe i rzeźbione drzwi.
Zestawienie cerkwi położonej na samym szczycie wsi, ale w pewnym od niej oddaleniu z ośnieżonymi postrzępionymi szczytami było niesamowite i mimo ,że nie do uwierzenia to prawdziwe.
Około 10.00 pojechaliśmy zwiedzać osadę. Pojechaliśmy, a nie poszliśmy , gdyż z powodu nocnej biegunki byłem bardzo słaby . Podjechaliśmy pod cerkiew LaMaria na szczycie wzgórza , na którym stała też obok swańska kamienna wieża. Całość otoczona kamiennym murem . Dodatkowo wewnątrz kompleksu trzeba było również przejść przez kolejne małe, stalowe i rzeźbione drzwi.
Zestawienie cerkwi położonej na samym szczycie wsi, ale w pewnym od niej oddaleniu z ośnieżonymi postrzępionymi szczytami było niesamowite i mimo ,że nie do uwierzenia to prawdziwe.
Aby obejrzeć cerkiew musieliśmy odnaleźć we wsi poniżej staruszkę { może mniszkę } , która przyszła po jakimś czasie z ciężkim kluczem i otworzyła nam małe żeliwne czy też stalowe drzwi . Musieliśmy się pokłonić Bogu zanim weszliśmy do wnętrza . Czuć było magię tego miejsca , widać było po kamiennych elementach i podporach , że to miejsce jest starsze niż polskie chrześcijaństwo. W niewielkiej kilkunastometrowej salce było mnóstwo ikon i starych krzyży , a także kolumna na której można było zapalić małe, długie i wąskie świeczki. Do wnętrza wpadało przez wąziutkie , podłużne dwa okna niewiele światła. Dwa cieniutkie promienie słońca oświetlające twarz staruszki , leżące ikony i starożytne wytarte kolumny stworzyły niesamowity nastrój . Uklęknęliśmy i zaczęliśmy się modlić . Staruszka kiedy zobaczyła nas klęczących pobłogosławiła nas prawosławnym gestem krzyża. Po chwili wyszliśmy na zewnątrz z odczuciem , że byliśmy w jednym z najbardziej niezwykłych miejsc na Ziemi.

Cerkiew LaMaria znana jest z cudu polegającego na tym , że bardzo wielu małżonków nie mogących mieć potomstwa po wizycie w tej cerkwi po jakimś czasie otrzymuje dar macierzyństwa. Zjechaliśmy z powrotem do wsi i zaczęliśmy sesję fotograficzną. Odwiedziliśmy muzeum w kamiennej wieży znajdującej się wewnątrz monumentalnego kompleksu obronnego. W muzeum podobnie niezwykłe jak w Mestii eksponaty : krzyże , ikony, srebrne naczynia liturgiczne . Większość z tych rzeczy miała więcej niż 800 lat , były też ponad 1000 letnie. Szkoda tylko ,że bilet do wieży kosztuje 10 lari- dużo….
Zaczęliśmy się zbierać . Razem z nami na bardzo off-roadowy odcinek drogi z Ushguli do Lentekhi zabrało się dwóch młodych Swanów. Przed wejściem do naszego auta długo się żegnali prawosławnym gestem . Na nasze spojrzenia powiedzieli , że to bardzo trudna droga i lepiej żeby nie padało bo wówczas można z drogi spłynąć z rzeką , która może pojawić się nie wiadomo skąd. Dzień wcześniej w Uszguli padało i jak powiedzieli nam Swanowie na drodze mogą być niespodzianki, zwłaszcza poniżej przełęczy położonej na wysokości 2623 mnpm . Jak się okazało mieli rację.
Droga do przełęczy była bardzo ciężka , kamienista i wyboista . Duża część drogi pokonaliśmy na reduktorze. Silnik momentami tracił moc i kopcił na czarno. Powód- wysokość prawie 3000mnp . Widok na przełęczy zatkał nas dosłownie. Z jednej strony ośnieżone szczyty o wysokości prawie 5000 metrów, a obok zielone , bajkowe wzgórza. Na pół godziny usiedliśmy przy aucie i syciliśmy wzrok nierzeczywistym krajobrazem. Mówi się : „zobaczyć Neapol i umrzeć” , po dotarciu w to miejsce można to sparafrazować i powiedzieć : „ zobaczyć Swanetię i umrzeć”. Boże , jak bardzo byliśmy szczęśliwi w tym miejscu…

Zaczął się żmudny i koszmarny zjazd do Lentekhi. Ponad trzydzieści kilometrów w dół po kamieniach, błocie i dziurach. Czasami w gęstwinie krzaków przez którą nic nie było widać. Po wczorajszym deszczu razem z naszym autem płynęły potoki wody. Czasami jechaliśmy po prostu w potokach , które w naszej wąskiej drodze zrobiły sobie wygodne koryto. Większość drogi jechaliśmy na reduktorze. Dzięki temu sprzęgło było mało w użyciu, a operowałem tylko delikatnie gazem i hamulcem. Miejscami przez drogę płynęła po prostu rzeka spadająca zaraz za nią w przepaścisty wąwóz. Krawędzie drogi były w tych miejscach tak powyrywane i niepewne , że wychodziliśmy z auta i sprawdzaliśmy czy krawędź nad wąwozem nie zarwie się pod ciężarem naszego Pajero. Ryzykując duży boczny przechył wjeżdżałem jednym bokiem na bezpieczną krawędź drogi i tak z duszą na ramieniu pokonywaliśmy kolejne potoki . Ewa się modliła na różańcu, a Swanowie co chwila z tyłu się żegnali. Oni też nie myśleli , że wczorajszy deszcz porobi takie szkody. Wszyscy modliliśmy się aby nie zaczęło znowu padać. Kiedy wjechaliśmy w odcinek drogi poniżej Tsany na drodze leżało mnóstwo głazów i rumoru skalnego zniesionego przez wodę. Musieliśmy też usuwać z drogi bale drzew , które pierwotnie poukładane w sterty zostały przez wodę naniesione na drogę. Byliśmy strasznie zmęczeni tą drogą , bolały mnie wszystkie mięsnie od napięcia.
Dopiero za Tsakhunderi droga zrobiła się na tyle jezdna , że mogłem czasami jechać bez reduktora . A dopiero za Sasashi , gdzie wysiedli młodzi Swanowie mogłem go prawie całkiem przestać używać. Wcześniej zabraliśmy z drogi ciekawego wędrowca. Był nim młody prawosławny seminarzysta przygotowujący się do roli mnicha . Wędrował samotnie z plecakiem i kijem po bezdrożach Swanetii odwiedzając zagubione w górach maleńkie monastyry i cerkwie. Zauroczył nas swoimi pięknymi opowieściami o 1500 letniej historii chrześcijaństwa na gruzińskiej ziemi. Podobnie jak my znał rosyjski. Spotkaliśmy też jednego samotnego podróżnika –Niemca, który swoim Defenderem pokonywał część tej samej trasy.
Na zapytanie dokąd jedzie , odpowiedział po prostu : „jeszcze nie wiem , będę w podróży 5 miesięcy”.
Młodzi Swanowie wysiadając w Sasashi u swojego krewnego zaprosili nas na gorącą herbatę do domu. Skorzystaliśmy z gościny w swańskim domu, gdzie oczywiście zostaliśmy poczęstowani tutejszym plackiem, a także kieliszkiem czaczy.
Dopiero za tą miejscowością droga była lepsza mimo, że w dalszym ciągu nie dało się jechać szybciej niż 20km/h. W miarę dobra droga była od Lentekhi, asfaltowo szutrowa. Widać było ekipy robotników remontujących lub budujących drogę. Wśród ludzi we wsiach i robotników wzbudzaliśmy duże zainteresowanie naszym niesamowicie ubłoconym od dołu po dach samochodem, nad którym powiewała dumnie mała polska flaga. Przyjaźnie pozdrawiali nas machaniem rękami.
Łącznie górski trakt pomiędzy Uszguli , a Lentekhi o długości ok. 75km pokonaliśmy przez 7 godzin przy czym 45 km od Ushguli do Sasashi jechaliśmy przez 5,5 godziny. Łącznie pętla miała od Zugdidi do Kutaisi ok. 400km z tego ok. 100km w bardzo trudnych i ciężkich warunkach.
Do Kutaisi dotarliśmy po 9 wieczorem i po targowaniu się o cenę ulokowaliśmy się za 50 lari na nocleg w hotelu Sunny.
Pokonana tego dnia trasa niewątpliwie najtrudniejszą ,ciągłą na takim dystansie z przejechana przez nas do tej pory.