
Jak zwykle dość późno wyjechaliśmy po późnym śniadaniu w kierunku Kazbegi , aby ujrzeć własnymi oczami górę Kazbek i cerkiew Tsminda Sameba.
Po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się przy przydrożnym straganie, gdzie kupiłem gruzińską czapę . Z upodobaniem jechałem w niej na głowie później przez kilkanaście minut wyobrażając sobie ,że jestem Gruzinem, a zamiast auta mam pod sobą ognistego rumaka. Ewa pękała ze śmiechu, a Gruzini w mijanych wioskach patrzyli ze zdumieniem na wariata w czapce.

Niebawem zaczęła się bardzo stroma i niezwykle kręta droga . Na jednym z zakrętów spostrzegliśmy grupkę autostopowiczów z plecakami łapiących okazję i mimo zapakowanych tylnich siedzeń postanowiliśmy ich zabrać. Po przepakowaniu naszych bambetli pod sufit w bagażniku , zmieściło się ich dwóch . Jak się okazało byli to dwaj młodzi Żydzi z Izraela. Ponad godzinna podróż po pięknej górskiej drodze minęła nam na miłej pogawędce o historii , trudnych losach naszych nacji , o przesiedleniach , o Shoah itd. Jak się okazało dziadkowie obu młodzieńców pochodzili z Polski . Jednego z nich z Jarosławia , a drugiego z Łodzi. W trakcie rozmowy udzieliliśmy im kilku wskazówek dotyczących podróżowania po Swanetii. Mieli zamiar się tam wybrać, ale mieli trochę zrozumiałych obaw – ten region jest bardzo niebezpieczny z uwagi na zmienną i nieprzewidywalną pogodę, a w przeszłości słynął z rozbojów.
Po drodze do Kazbegi ujrzeliśmy z daleka spływający nagle znikąd żółtawo pomarańczowy lodowiec Po podjechaniu bliżej okazał się , że to jest gigantycznych rozmiarów kolorowy naciek minerałów wapiennych . Spływająca w tym miejscu woda zawierała ich tak dużo w sobie , że w bardzo szybkim tempie tworzyła kolorową powłokę wśród zielonego stromego otoczenia. Podobne zjawisko geologiczne, ale większych rozmiarów widzieliśmy w zeszłym roku w Pammukale w Turcji.

Różnica też polegała na tym , że w Pammukale osad wapienny był śnieżnobiały { no i większy} a tutaj bardzo kolorowy. Na całej powierzchni nacieku spływała cienka kaskadą woda pogrubiając milimetr po milimetrze grubość tego zjawiska.

Zrobiliśmy parę zdjęć. Jadąc dalej z naszymi pasażerami obserwowaliśmy niezwykłe góry i pozostałości konstrukcji drogowych w postaci mostów , tuneli , które już niestety nie mogły spełniać swej roli z powodu wieloletnich zaniedbań w remontach. Zamiast tunelami jechaliśmy obok wyrobionymi ścieżkami, zamiast zrujnowanym mostem –objazdem poniżej. Takich zawalających się obiektów było mnóstwo. Jedynie jedna z nich w postaci arkadowego tunelu nadawała się do przejazdu sprawiając na nas niesamowite wrażenie . Naszych izraelskich przyjaciół pożegnaliśmy w osadzie Kobi , skąd zamierzali pieszo przejść do podnóża lodowca przy górze Kazbek. Na drogę daliśmy im butelkę naszego Żywca.
Po dojechaniu do Kazbegi szybko odnaleźliśmy szlak na górę w kierunku cerkwi Tsminda Sameba. W samym mieście nie zatrzymywaliśmy się , miasto tez nie przypominało ze swoimi brudnymi i dziurawymi ulicami jakiegoś szczególnego miejsca.
Tuż za mostem zaczęliśmy stromo podjeżdżać po wąskiej , kamienistej i niemiłosiernie dziurawej drodze pośród wiejskich zabudowań. W kilku miejscach musiałem skorzystać z reduktora. Po przejechaniu wsi droga stała się co prawda mniej kamienista , ale za to bardziej kręta i stroma . Miejscami trudno było się złamać w stromych 180 stopniowych zakrętach. Po drodze spotkaliśmy grupki Polaków z ekipy , która przyjechała do Gruzji wynajętym autokarem. Byliśmy rozpoznawalni z uwagi na małą flagę przylepioną w górnym rogu nad szybą { niczym wozy bojowe na misji }


Widok , który ujrzeliśmy po wjechaniu na górę rozłożył nas na łopatki. Ja dostałem jakiegoś amoku. Nie wiedziałem co mam robić , czy robić zdjęcia , czy nakręcić jakiś filmik, czy siedzieć czy po prostu
stać i kontemplować. Na samym czubku odległej o kilkaset metrów góry na tle wyższych skał w oddali tkwiła przepiękna bryła gregoriańskiej cerkwi z dróżką wijącą się do niej z dolinki poniżej.

Cudo… Jacy mądrzy i wrażliwi musieli być ludzie , którzy wybierali miejsca na święte miejsca obcowania ze Stwórcą. Obok miejsca , w którym zatrzymaliśmy samochód , na pagórku obok , tkwił samotny krzyż . Jakie piękne zestawienie , na jednym pagórku samotny krucyfiks z piaskowca i na przeciwległym monumentalna, ale surowa i skromna świątyni

Zrobiłem piękne zdjęcie w tym miejscu. Zauważyliśmy , że kiedy na ten pagórek z krzyżem wchodziły grupki gruzińskich prawosławnych pielgrzymów , kobiety padały na kolana, biły głowa o ziemię niczym muzułmanie po czym w geście oddania unosiły ręce w górę. Wzruszający widok…..

Podjechaliśmy bliżej cerkwi i u podnóża umoczyliśmy usta w świętym źródełku. Obok pasły się piękne konie. Sceneria podobna jak przy cerkwi LaMaria w Uszguli. Tutaj jeszcze trafiliśmy na ciekawy moment kiedy młoda para po zaślubinach pieszo schodziła z góry . Pan młody w tradycyjnym, ludowym stroju gruzińskim.
Weszliśmy na górę , obeszliśmy dookoła cerkiew . Było sporo ludzi , w tym jeden turysta z Niemiec. Pogawędziliśmy trochę po czym weszliśmy do wnętrza świątyni. Ewa założyła chustę na głowę .

Akurat zaczęła się prawosławna gruzińska msza .
W półmroku w blasku palących się woskowych ,żółtych świec pop obchodził wokół wnętrze cerkwi dymiąc kadzidłem, a wierni obracali się w jego kierunku. Nie wiadomo skąd zaśpiewał chór żeński tajemniczą gruzińską pieśń cerkiewną . Zapaliliśmy świeczki ofiarne i wyszliśmy nie chcąc przeszkadzać .

Na zewnątrz zrobiliśmy kilka zdjęć góry Kazbek i zaczęliśmy powrót. Po zjechaniu do Kazbegi nie mogliśmy sobie odmówić i pojechaliśmy kilkanaście kilometrów w stronę Władykaukazu , do granicy z Rosją. Trasa nie opisana w przewodnikach , ale niesamowita jak się okazało. Rzeka rwąca w ogromnym kanionie raz była po jednej stronie drogi raz po drugiej. Wiła się rwąca i szalona czasami tuż na poziomie naszej drogi. Innym razem patrzeliśmy na nią z wysokości kilkuset metrów. Widać było ,że dzika rzeka zdemolowała wszystko nieraz na swojej drodze .

Pozrywany asfalt, powyrywane krawędzie drogi i potężne konstrukcje betonowe leżące w nurcie mówiły za wszystko. Wokół strome i ogromne góry . Przejechaliśmy przez budzący grozę tunel – tunel i droga do nikąd….Przez chwile miałem wrażenie ,że to droga do piekła . Świadomość niesamowitości tej drogi podkreślał w nas fakt ,ze ta droga wiodła rzeczywiście do nikąd bowiem granica rosyjsko gruzińska jest zamknięta
Byliśmy na tej drodze przez cały czas sami , nikt nie jechał za nami , nikt nie jechał z naprzeciwka. Było już późne popołudnie i słońce na krwawo oświetlało zbocza po słonecznej stronie czasami zachaczając o nas. Byliśmy o kilometr od granicy rosyjskiej , wtem samochód zatrząsł się na kamienistej drodze i zapaliła się kontrolka od ABS-u . Czasami tak się zdarzało, ale gasła . Ty razem nie chciała…. Czy to jakiś znak ?? Spojrzeliśmy na siebie z Ewa i bez słowa zawróciliśmy…W tym dniu rosyjski prezydent Miedwiediew odznaczał we Władykaukazie rosyjskich i osetyjskich żołnierzy za udział w wojnie z Gruzją.
Nawet nie zauważyliśmy, że jest już dość późno a powrót ta samą drogą dość powolny i wymagający uwagi z uwagi na zakrętasy i częściowo dziurawą drogę. Byliśmy dość zmęczeni tym dniem więc mając miłe doświadczenia z dnia poprzedniego zatrzymaliśmy się w tym samym hoteliku koło Pasanauri. Cały czas miałem dolegliwości z powodu zatrucia . Zastanawiałem się kiedy wreszcie będę mógł bez niepokoju coś zjeść z repertuaru kaukaskiej kuchni . Niestety nie tym wieczorem jeszcze jak się okazało. Na szczęście Ewa niczym sanitariuszka Marusia coś tam wyciągała ciągle z naszej apteczki .