Wyjechaliśmy z hotelu ok.11.00 przed południem. Musieliśmy odespać i wypocząć po wczorajszej trasie. Jeszcze w Kutaisi musieliśmy poszukać salonu fotograficznego, gdyż jak się okazało zapomniałem z domu wziąć płyty instalacyjnej do naszego Canona . Bez płyty nie da się ściągnąć z aparatu na kompa zdjęć. Zapomniałem ją wgrać po kupnie aparatu , a że karta pamięci była 4 gigowa , myślałem że na długo starczy.
Kutaisi jest bardzo niezwykłym miastem bowiem podobnie jak we wszystkich gruzińskich miastach nie ma w nim znaków drogowych wskazujących wyjazd do innych miast i przy skomplikowanym układzie komunikacyjnym można po Kutaisi krążyć w nieskończoność nie mogąc wyjechać . Czuliśmy się jak w mitycznym labiryncie krążąc w kółko i wracając po raz kolejny w to samo miejsce. Wyjechaliśmy z Kutaisi podstępem dzięki podpowiedzi fotografa , który wskazał nam marszrutkę numer 100 i kazał nam się jej trzymać blisko , bo „bystro jedzie” i jeśli ją zgubimy to znowu – po raz czwarty- wrócimy w to samo miejsce. Jadąc niczym szpiony za marszrutką małpowaliśmy jej manewry stając nawet w tych samych miejscach, kiedy zabierała co kilkaset metrów pasażerów. Kierowca widząc za sobą dziwny ogon, aż wyszedł za którymś razem sprawdzić co za auto go śledzi . Dzięki śledzeniu marszrutki wyjechaliśmy na trasę do Tbilisi. Pamiętam , że ten sam horror w Kutaisi przeżyliśmy w 2007 roku.

Zamierzaliśmy tego dnia zajechać do Gori , aby zobaczyć ostatni na świecie pomnik Stalina stojący tam na centralnym placu . Dziwni są ci Gruzini … Z jednej strony chcą wolności dla swojego narodu , chcą wyzwolić się zależności od Rosji, a z drugiej strony pozwalają, aby na głównym placu w jednym z największych ich miast stał pomnik bandyty, mordercy, ludobójcy i ciemiężyciela narodów. Czy Gruzini nie czują pewnego dysonansu ?? Czy fakt , że ten ludobójca , być może gorszy niż Hitler był Gruzinem, usprawiedliwia ten pomnik w Gori ???
Tego dnia w Gori odbywała się manifestacja antywojenna w rocznicę wybuchu wojny rosyjsko gruzińskiej 2008 roku. Mieliśmy problemy z poruszaniem się po mieście, gdyż przyjechał tam prezydent Saakaszwili. I o ironio… Ta antywojenna i prowadzona pod hasłami wolności i niepodległości manifestacja pełna barw i flag gruzińskich odbywała się u stóp górującego nad wszystkimi Stalina. Katastrofa…
Czuję sympatie do Gruzji i Gruzinów, ale oby ta mentalność Kalego i historyczna hipokryzja nie odwróciła się kiedyś przeciwko nim. Mam też nadzieję , że żaden polski prezydent nie stanie nigdy obok gruzińskiego pod tym pomnikiem na jakiejkolwiek manifestacji.
Oczywiście zrobiłem kilka zdjęć pod tym pomnikiem i na tle zdjęć z wystawy rocznicowej.
Pojeździliśmy trochę po Gori oglądając remontowane bloki i nowe malutkie domki dla ofiar pożarów i bombardowań. Również dla uciekinierów z Osetii . Były ich na obrzeżach miasta setki .Wszystkie jednakowe , malutkie, ale estetyczne z wychodkiem kilkanaście metrów od domku. Wybudowane równo według linii i schematu. Patrząc na nie z dala sprawiały wrażenie kostek domina ustawionych do gry.
Poza remontowanymi domami i starymi , przedwojennymi domami przy głównej ulicy reszta zabudowy , zwłaszcza bloki mieszkalne to jedna wielka tragedia . Dziurawe, odpadające tynki, wypadające okna , gdzieniegdzie zamurowane byle jak, odpadające rynny, wszystko w stanie agonii. Przykro aż patrzeć . I tak zresztą w całej Gruzji , nawet w Tbilisi. Osiedla mieszkaniowe przedstawiające obraz rozpaczy, nie remontowane, pozostawione same sobie, dżungla nieskoszonej trawy wokół, dziurawe chodniki , krowy pomiędzy blokami i stosy śmieci wszędzie . Gruzja jest piękna wieloma miejscami lecz tam gdzie mieszka człowiek przygnębia do szpiku. Dzień wcześniej jadąc z Lentekhi do Kutaisi przejeżdżaliśmy przez taką sobie nienajgorszą prowincję byliśmy bliscy rozpaczy widząc ruiny domów mieszkalnych, fabryk, ferm . Większość obiektów użyteczności publicznych była albo opuszczona albo mimo używania w stanie bliskim ruiny. Gruzińska prowincja po prostu umiera . Dziesiątki kilometrów wsi i miasteczek przy drodze przywodziło na myśl krajobraz po jakiejś katastrofie, po której ludzie musieli gdzieś wyjechać. Tylko , że tam wszędzie byli ludzie. Jeszcze wiele lat upłynie zanim Gruzja wybije się na normalność- jeśli znowu nie będzie wojny…
Większość ludzi , z którymi rozmawialiśmy mówiło ,że za Sowieta to im się dobrze żyło i pewnie mówią prawdę. Widzieliśmy w czasie podróży rozpadające się resztki imponującej infrastruktury turystycznej z czasów Związku Radzieckiego , która świadczyła , że w Gruzji były co roku miliony turystów wtedy. Dziś nie ma już ani infrastruktury bo się rozpadła ani zbyt wielu turystów bo czasy niespokojne no i brak już infrastruktury….

Z Gori wyjechaliśmy w deszczu { Stwórca wysłuchał różańca Ewy i oszczędził nam deszczu wczoraj w górach} kierując się na Uplitsikhe. Przez kilka kilometrów ten sam przygnębiający widok opisany wyżej- umierająca prowincja. I żadnego znaku kierującego do Uplitsikhe. Musieliśmy pytać się co chwila przechodniów. Po jakimś czasie z daleka , na drugiej stronie rzeki ujrzeliśmy w skałach widoczne kształty czegoś podobnego do Wardzi.
W przewodniku Uplitsikhe szumnie nazywane jest gruzińską Petrą, ale ponieważ byliśmy w Petrze w Jordanii w 2008 roku na wyprawie autem więc szczerze mówię , że przesadzili. Petra jest cudem świata , Wardzia też , natomiast Uplitsikhe jest po prostu ciekawym kompleksem antycznym wykutym w skałach. Spędziliśmy tam spacerując i robiąc zdjęcia około dwóch godzin. Na szczycie kompleksu stoi cerkiew, ale niestety była zamknięta na cztery spusty. Troszkę poleżeliśmy na szczycie z zamkniętymi oczami wyobrażając sobie jak żyli kiedyś tutaj ludzie. Zeszliśmy na dół do rwącej u podnóża rzeki głębokim , wykutym w skale zejściem. Na odjezdne zostaliśmy naciągnięci przez parkingowych meneli na 1lari za „stojankę”.
Chyba była jakaś wojskowa mobilizacja w Gruzji bo przy drodze stało mnóstwo mężczyzn w różnym wieku w wojskowych mundurach w bardzo przypadkowych miejscach. Być może czekali na ciężarówki, które miały ich zebrać z trasy.

Było już dobrze po południu, kiedy wyruszyliśmy z powrotem do Gori i dalej w stronę Tbilisi, aby wjechać na tzw. Drogę Wojenną czyli najpopularniejszy gruziński szlak turystyczny kierujący do Kazbegi , góry Kazbek a także do symbolu Gruzji - cerkwi Tsminda Sameba. Wzdłuż tej drogi widać było już trochę zamożniejszą i zaradniejszą Gruzję. Ładne domy, obejścia, co kawałek mała gastronomia różnej klasy , od grilla pod gołym niebem do zajazdów klasy lux. Przy domach niezłe samochodu i niewiele krów chodzących pośrodku drogi…Mnóstwo straganów z pamiątkami oraz wyrobami spożywczymi. Bardzo dobra droga , gdzieniegdzie tylko poprzecinana wyrwami i łatami. Po kilkudziesięciu kilometrach droga zaczęła piąć pod górę i w pewnym momencie wyjechaliśmy wprost na przepięknie stojący nad wodą zamek Ananauri.
Niegdyś stojący nad wąwozem płynącej w przepaści rzeki , teraz po spiętrzeniu wody przez zbudowana tamę leżący nad pięknym sztucznym jeziorem. Mimo , że most i zakręt zatrzymałem auto { było już późno i nie było wielkiego ruchu} a Ewa zrobiła kilka zdjęć.
Pojechaliśmy po chwili widząc , że zaczyna padać, a mieliśmy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do Kazbegi i trudną , stromą , pełna zakrętów drogę przed sobą.
Nagle po przejechaniu jeszcze kilku kilometrów zrobiło się ciemno i zaczęło strasznie padać .
I chyba jakiś dobry anioł się zlitował nad nami, bo przed nami ukazał się mały most nad wzburzoną rzeka, a za nim mały pensjonat przytulony do skały. Zauważyliśmy go w ostatniej chwili , nawet go przejechaliśmy i po kilkuset metrach zawróciliśmy nie będąc pewni czy nie pomyliliśmy się .
Jak się okazało był to malutki hotelik z restauracją i na dokładkę właściciel zaoferował dla naszego auta garaż. A to wszystko za niewiarygodnie niską cenę 30 lari.

Wyśmienita kolacja z dwoma piwami kosztowała też tylko 12 lari. Nie wierzyliśmy własnym uszom tym bardziej, że w 2009 roku Gruzja stała się niewiarygodnie droga . Ale przecież nie płakaliśmy z tego powodu . Wszystko byłoby dobrze gdyby nie męczące mnie już trzeci dzień zatrucie. Niewiele radości zostawało mi z dobrego jedzenia…..Pooglądaliśmy trochę gruzińskich i rosyjskich programów w telewizji a do snu ululały nas płynące z dołu z radia piękne rosyjskie piosenki. Gruzini wojują z Rosjanami na potęgę, ale z upodobaniem słuchają ich muzyki-pięknej zresztą. Jak bitka to bitka ale jak śpiewać to po rosyjsku….Pięknie