Autem przez Gruzję… do Iranu romb Piotr Karwecki

9 SIERPNIA - PASANAURI- MONASTYRY GAREDZI- LAGODEKHI

Wyjątkowo wcześnie , bo ok.9 rano wyjechaliśmy po śniadaniu z przytulnego hoteliku. Niestety problem z kontrolką od ABS- u powiększył się o problemy z innymi kontrolkami.

Świeciła się cała tablica – wszystkie kontrolki oszalały. Musieliśmy mocno podtopić elektronikę w czasie przejeżdżania przez potoki i rzeczki w Swanetii. Czasami było głęboko , powyżej krawędzi drzwi. Co prawda staraliśmy się pokonywać wodę w miarę wolno, ale fala czołowa czasem szła wysoko. Zmartwiłem się , bo przed nami było jeszcze prawie 10 000km

Sprawdziłem olej, filtr paliwa i akumulator i alternator- te kontrolki się świeciły po uruchomieniu silnika . Wszystko było Ok. – byłem więc pewien , że problem jest tylko w elektronice , reszta jest OK. Ale niestety straciliśmy ABS, wypróbowaliśmy na piaszczystej drodze – ABS padł. Zacząłem poważnie myśleć o serwisie Mitsubishi w Tbilisi lub Baku.

Zadzwoniłem do córki aby sprawdziła adresy serwisów w tym mieście. Postanowiłem ,że jeśli nic się nie zmieni w tym stanie rzeczy to jutro jedziemy w Tbilisi do serwisu.

Rano zaświecił się ABS i tak już został, pozostałe kontrolki zgasły po około godzinie. Może podeschły kiedy silnik ogrzał cała komorę i samochód….

Kurczę , okazało się , że to niedziela i wszystkie serwisy nieczynne, pozostało nam tylko Baku.

Rano coś nas licho podkusiło i zamiast drogą obwodową objechać Tbilisi w drodze do Rustavi , wjechaliśmy niestety do gruzińskiej stolicy. Błąd straszny i tym bardziej niezrozumiały bo przecież mieliśmy już wiedzę o oznakowaniu Tbilisi, a raczej o braku jakiegokolwiek oznakowania wskazującego możliwość jazdy do innych miast . Nawet nie ma żadnego oznakowania jak jechać do centrum. Dwa lata temu też krążyliśmy dwie godziny po Tbilisi zanim udało nam się wyrwać z kleszczy stolicy. Tym razem było tak samo, no może troszkę lepiej. Wiedząc w którym kierunku geograficznym mamy jechać za punkt odniesienia przyjęliśmy rzekę i tak metodą prób i błędów oraz pytań i kilku błędnych podpowiedzi udało nam się wyjechać na drogę do Rustavi.

Po drodze przejechaliśmy obok ogromnego bazaru , takiej formy hurtowo- detalicznej giełdy towarowej . Tysiące pawilonów , budek, straganów i mrowie ludzi.

Rustavi sprawiło na nas potworne wrażenie. Przemysłowe blokowisko w stanie rozkładu. Bloki w szczerym szaro żółtym krzakowisku nieskoszonych haszczy i traw. Wszystko sprawiało wrażenie jakby zaraz miało się zawalić. Przed miastem cmentarz , na którym obok nagrobków na krzesełkach siedzieli ludzie i biesiadowali. To taki, nie tylko gruziński , ale w ogóle prawosławny obyczaj spożywania posiłków w czasie odwiedzin bliskich zmarłych na cmentarzu. Również dla nich zostawiano po odwiedzinach jedzenie i picie. W Swanetii w czasie podróży widzieliśmy przy drogach kapliczki w miejscach śmierci ludzi , w których stały butelki z piciem, wódką , kawałki chleba , sera.

Wokół tego przygnębiającego blokowiska rozpostarte były ruiny zakładów przemysłowych w podobnym stanie . Całość było krajobrazem klęski i rozpaczy. Szybko umknęliśmy stamtąd w drodze do monastyrów. Oczywiście nigdzie żadnych znaków do tych hitów turystycznych. Drogę odnajdywaliśmy dzięki przysłowiu „ koniec języka za przewodnika” .

Dzięki młodemu mężczyźnie trafiliśmy na dróżkę do pagórkowatego terenu po lewej stronie drogi. Po wjechaniu na owe pagórki otworzył się przed nami teren przypominający mongolskie stepy. Skromna zielona trawka porastająca bezkresny pagórkowaty teren nie mający końca.

Wśród nich wijąca się nasza kamienisto szutrowa ścieżka. Co chwila podjeżdżaliśmy na kolejny pagórek . Na niektóre z nich ciężko było wjechać ponieważ woda powyrywała ogromne szczeliny w drodze. Jechaliśmy wówczas na przełaj przez wzgórza uważając tylko czy na przełajowym szlaku nie ma jakichś jam czy dziur.










Po dobrej godzinie takiej jazdy przez pola na tzw. czuja { nie mieliśmy absolutnie pewności czy dobrze jedziemy} ujrzeliśmy rozwidlające się ścieżki na dwie strony . Jedna wiodła w dół do głębokiego wąwozu i tam na końcu majaczyło coś co mogłoby wyglądać na jamy w skalnej ścianie . Druga zaś oznaczona jakimiś znakami ,których nie mogliśmy rozszyfrować kierowała w druga stronę pod stromą górę. Wybraliśmy pierwszy wariant. Po kilku minutach trudnej jazdy w gliniasto piaskowej wyszarpanej ścieżynce najpierw w dół później ostro pod górę ujrzeliśmy w górze ścianę skalną ,w której widniały jaskinie , wyżłobione ludzką ręką otwory, półki.

Na szczycie skały stała samotna baszta . Całość od dołu otoczona była resztkami kamiennych obwarowań. Widać było ,że wszystko jest bardzo stare i zniszczone. Jednakże było widać też elementy wskazujące na to , że całość jest poddawana jakiemuś remontowi.











Na części kamiennych budowli widniały wykonane nowe drewniane przybudówki i balkoniki. Po dojechaniu do podnóża kompleksu okazało się ,że na początku stoi nowy murowany budynek z kranikami z wodą na zewnątrz. Być może to miał być jakiś tzw. room service dla ewentualnych pielgrzymów ??










Przy owym budynku przywitał nas niezwykły człowiek. Mały starzec z ogromną siwą brodą i z takimi samymi siwymi włosami. Zapytał się kim jesteśmy i po co przybyliśmy. Odparłem, że chcemy obejrzeć monastyr i cały kompleks. Powiedział ,że nas zaprowadzi. Kiedy chcieliśmy wejść do wnętrza wykutej w skale cerkwi powiedział, że ja mogę wejść ale Ewa niestety nie bo ma na sobie spodnie, a powinna mieć spódnice do kostek. Inaczej niewiasty tutaj wchodzić nie mogą. Ewa miała na sobie oczywiście chustkę na głowie ale to nie wystarczało. Poprosiłem o jakąś chustkę aby Ewa mogła się owinąć ale starzec nie mógł nic znaleźć. Wytłumaczyłem , że jest niedziela a my jako wierzący mamy obowiązek odwiedzić w tym dniu Dom Boży i się pomodlić. Zapytałem też czy przybywają tutaj turyści i pielgrzymi. Odparł , że turystów im nie potrzeba tylko „ wieriuszczych i spakoja „. Rzekłem , że my jesteśmy tymi pierwszymi . Na to starzec : „ ale nie prawosławni……” Po chwili spojrzał na nas potem w niebo i spokojnie powiedział : „ No może Bóg się nie pogniewa” i pozwolił wejść Ewie w spodniach.

Wnętrze cerkwi było malutkie , składało się z kilku pomieszczeń , było mało światła z palących się świec. W środku było dużo starych krzyży i ikon a na ścianach resztki starych fresków. Jeden z nich przedstawiał Jana Chrzciciela . Pod jego imieniem był monastyr.












Po chwili kiedy się pomodliliśmy do środka cerkwi wszedł młody pop . Nie zwrócił na nas wcale uwagi i wszedł do pomieszczenia utworzonego przez parawan i zasłonę. Po chwili dobiegła do nas cicha modlitwa i zaświeciło się światło od zapalonej świecy. Wyszliśmy po chwili z cerkwi na zewnątrz a starzec pokazał nam cele mnichów schowane kilkanaście metrów w bok od cerkwi w skalnych jamach do których wchodziło się po drewnianych chybotliwych schodkach. Okienka o drzwiczki zbite były z prostych desek , w okienkach nie było szyb tylko zasłonki. Nie wiem jak mnisi wspinali się do tych swoich mini pokoików. Na oko było to nie lada wyczynem. Nie chcąc przeszkadzać wycofaliśmy się ze ścieżki nad urwiskiem i wróciliśmy na teren właściwego monastyru. W pobliżu wejścia do cerkwi leżały na ziemi płyty nagrobne z gruzińskimi napisami. Jak opowiedział nam starzec płyty zostały odnalezione niedawno w studni koło której staliśmy. Stary człowiek zaczął snuć opowieść o tym miejscu Kiedy do Monastyru zawitała Armia Czerwona w 1922 roku mnisie groby zniszczono, a płyty z grobów zatopione zostały w studni. Rozpędzono wówczas mnichów, część zabito, część wysłano do więzień, a całość kompleksu klasztornego została rozgrabiona i zdewastowana. Przez kilkadziesiąt lat nikt w monastyrze nie przebywał. Dopiero od siedmiu lat przebywają w nim mnisi i powoli go odbudowują .

Monastyr powstał w VI wieku naszej ery natomiast cerkiew, w której byliśmy została wykuta w skale w XIV wieku. Okolica tego monastyru nazywana była Udobno czyli po rosyjsku Pustyr, a po polsku Pustelnia.

Ja z kolei zrewanżowałem się starcowi opowieścią z wizyty w monastyrach chrześcijańskich w Maluli i Saydanayja w Syrii k/Damaszku. Byliśmy tam w 2008 roku i nawet nocowaliśmy w klasztornej celi. Starzec zaproponował , że nas zaprowadzi do wieży górującej nad monastyrem co tez uczynił . Szliśmy za nim wąską { niesamowicie wąską} ścieżką tuż nad przepaścią , nogi nam się trzęsły ze strachu. Kiedy doszliśmy wskazał nam jamę przez którą weszliśmy do środka wieży. Tuż koło wejścia była druga jama , którą jak nam Starzec wytłumaczył schodziło się do wnętrza korytarzy w skałach. Ale tam nam wejść nie pozwolił, gdyż było tam według niego zbyt niebezpiecznie. Biorąc pod uwagę , że skalna ścieżka nad przepaścią , którą nas doprowadził na wieżę nie była grożna według niego , uwierzyliśmy na słowo ….

Weszliśmy na szczyt wieży z której rozpościerał się piękny widok na Udobno czyli Pustyr , czyli pustkę roztaczającą się na dziesiątki kilometrów pagórków i łąk wokół. Ani śladu człowieka , nikogo , żadnego śladu cywilizacji . Tylko My , góry i samotny Starzec siedzący i dumający kilkanaście metrów poniżej nas na grani skały. Widok aż wstrząsający, porażający.

Jeśli Bóg był gdzieś w tym momencie to był tutaj …..Prawie fizycznie czuliśmy obecność czegoś niezwykłego , nierzeczywistego, metafizycznego. I ten starzec z siwą brodą. Wcześniej zapytałem się go kim jest i co tutaj robi, czy jest świaszczennikom czyli popem , mnichem. Odrzekł , że nie , ale nie powiedział też kim jest . Nie wiem tego również dziś – nawet nie było tam się kogo zapytać. Kim był ??? Co tam robił ?

Starzec sprowadził nas do naszego auta zupełnie inną drogą z wieży i grani . Szliśmy stromo w dół przez trawy i drobne krzaczki aż ujrzeliśmy stojący stromo pod górę samochód. Starzec pobłogosławił nas prawosławnym gestem , pożyczył szczęścia i odszedł . Jak się pojawił znikąd tak i odszedł do nikąd .

Podekscytowani całą sytuacją milczeliśmy przez długi czas z Ewą. Mieliśmy jeszcze do zobaczenia drugi monastyr -Dawid Garedzia. Podobno wspaniały i niezwykły, ale wiedzieliśmy już ,że po Monastyrze Jana Chrzciciela , w którym spotkaliśmy Starca- Zjawę, żaden monastyr już na nas nie wywrze większego wrażenia.



I tak też było . Monastyry Dawid Garedżi był wspaniałym , doskonale odrestaurowanym kompleksem klasztornym . Ale czuć było tam już element komercji wynikający z odwiedzin dziesiątek , czy setek turystów. Był w całości jakiś element nieautentyczności . Nawet wyeksponowane cele mnisie cele w skałach na wprost galerii dla zwiedzających sprawiały wrażenie eksponatów dla widowni. Takie to wszystko odarte z intymności.







I na dodatek makabra… Grupka starszych Niemców z autokarowej wycieczki niemiłosiernie hałasujących na dziedzińcu klasztoru tuż obok wejścia do dwóch sal cerkwi . Nie zdzierżyłem i mimo , że byli to starsi ludzie zwróciłem im uwagę , że to jest kościół, święte miejsce i szacunek nakazuje zachować w tym miejscu ciszę. Bardzo się zdeprymowali i umilkli. Chyba zrobiło się im głupio.

Po zwiedzeniu Monastyru wróciliśmy na parking gdzie chwilkę porozmawialiśmy z Niemcami z wycieczki. Zainteresował ich nasz samochód. Byli bardzo zaciekawieni naszą wyprawą. Do incydentu z Monastyru nie wracali. Pogodnie i serdecznie pożegnaliśmy się .

Ich autokar przyjechał pod monastyr długa okrężną drogą z Tbilisi , którą przeważnie przybywają pod kompleks wszyscy turyści . Tylko, że jadąc ta droga omijają i nie docierają do wspaniałego i tajemniczego Monastyru Jana Chrzciciela . Być może na szczęście…. Jak powiedział Starzec , mnichom tam wysoko są potrzebni wierzący i cisza. Czy wrzawa turystów gryzących chipsy i krzyczących w tym miejscu nie jest obrazą ????














Wracając, po lewej stronie mieliśmy wysoki grzbiet górski stanowiący granicę z Azerbejdżanem. Ciągnął się on na długości wielu kilometrów, a na jego szczycie co kawałek wyrastały baszty starożytnych budowli obronnych. Zbocze grzbietu było porośnięte gęstą trawą . Wiatr wiejący od tysięcy lat z jednej strony, nanosił pył i ziemię na zbocze stromej skały aż utworzył stromą łąkę jakby żywcem przeniesioną z Alp. W pewnym momencie wydało mi się ,że widzę ślady kół w trawie idące w stronę szczytu w lewo – tam w górze majaczyła starożytna baszta. Podniecenie niezwykłą scenerią i możliwością sprawdzenia możliwości terenowych naszego auta zaślepiło tzw. zdrowy rozsądek i rozum.

Przeważnie przed wjazdem pod górę albo przed przejazdem przez trudny teren staram się sprawdzić co jest za tym kawałkiem aby wiedzieć jaki napęd zastosować i jak się zachować po pokonaniu trudnego odcinka. Tym razem byłem zwykłym podjaranym debilem i po włączeniu napędu 4x4 na dużej możliwej prędkości pognałem niezwykle ostro , trochę skośnie w górę . Po kilkuset stromych metrach tuż przed szczytem lekko skręciłem w lewo ustawiając się równolegle do krawędzi szczytu z mocno pochylonym na bok autem. Dumny z siebie idiota wyszedł z lewej strony, a Ewa chciała wysiąść z prawej ….. Był tylko mały problem …

Ewa nie bardzo miał jak wyjść z auta z tej strony, bo tam była stroma przepaść . Goła skała stromą pionową krechą opadała około 800 metrów w dół…. Staliśmy pół metra od pionowej – dosłownie – przepaści. Ugięły się pode mną nogi , zrobiło mi się słabo , Ewa mało nie zemdlała, uświadomiliśmy sobie , że gdybyśmy jechali szybciej i nie zjechali lekko w lewo przed szczytem to pięknie, szybowcowym lotem polecielibyśmy do nieba – ale 800 metrów w dół . Zakończylibyśmy życie w Azerbejdżanie- tam niżej był już Azerbejdżan. Jadąc z dołu nie było kompletnie widać , że szczyt góry jest jednocześnie przepaścią.


To był dopiero początek kłopotu bowiem o wiele trudniej niż wjechać, było wrócić z tego szczytu. Powrót tyłem był zbyt niebezpieczny gdyż groził przewrotką z powodu stromizny i nierówności, próba zawrócenia przez jazdę na wprost groziła wywrotka na bok i koziołkowaniem kilkaset metrów w dół. Katastrofa…. Mało kiedy czułem się tak beznadziejnie, byłem przerażony, widziałem już jak idą w naszym kierunku pogranicznicy azerscy. Zaważyliśmy lekkie zmniejszenie stromizny ok. 100 metrów poniżej ,ale lekko w bok. Ewa weszła na stopień auta ze swojej strony jako przeciwwaga a ja manewrując centymetr po centymetrze zjechałem tam tyłem po czym przodem, z Ewą na boku auta zawróciłem i przodem zjechaliśmy w dół do drogi . Byłem kompletnym debilem….Nie mogliśmy wyjść długo z przestrachu z tej sytuacji. Do dzisiaj kiedy sobie uświadamiam tą sytuacje mam gęsią skórkę. Jeśli ktoś kiedykolwiek będzie w tamtym miejscu to błagam o myślenie….

Tego dnia pod wieczór zajechaliśmy do Lagodekhi przy granicy azerbejdżańskiej. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów tej drogi była w fatalnym stanie .Ale po przejechaniu drogi do granicy armeńskiej w okolicy Ninotsmindo , którą jechaliśmy w 2007 roku nic nie było mnie już w stanie zdziwić w Gruzji. Niedogodności infrastruktury rekompensowały wspaniała przyroda i wspaniali , przyjaźni ludzie. Zakwaterowanie zapewnił nam przydrożny Guest House znajdujący się przy końcu Lagodekhi w kierunku granicy.

Tego wieczora wreszcie mogłem poucztować bowiem gospodyni naszykowała nam wspaniałą kolacje z chinkali i nie tylko oraz z winem , a mnie wreszcie przeszły dolegliwości gastryczne. Jutro mieliśmy opuścić gościnna gruzińska ziemię. Kontrolki cały czas wariowały więc zamierzałem wykorzystać w Azerbejdżanie adres serwisu podany przez córkę.

Wszelkie prawa zastrzeżone © Copyright by kaukaz.pl