
Raniutko po śniadaniu wyruszyliśmy w stronę pobliskiej granicy.
Przejście po gruzińskiej stronie było zupełnie inne niż z Turcją. Nowoczesne , wolne od naganiaczy , spokojne.
Ewa musiała przejść osobnym przejściem dla pieszych. Oczywiście badanie siatkówki jak na przejściu z Turcją. Zaraz za przejściem wjechaliśmy na położony wysoko nad rzeka zrujnowany most graniczny. Granica azerbejdżańska stała …

Wpuszczano po kilka samochodów kiedy luzowała się strefa odpraw. Na moście stały stare samochody i przedpotopowe autobusy pełniące rolę ciężarówek. Jakże znajomy widok. Kilkanaście lat wstecz podobne widoki królowały na polskich drogach i przejściach granicznych. Ludzie chcą zarabiać , wykorzystują wszystko co im to umożliwia. Banki dla szarych biednych ludzi są niedostępne jako źródło kapitału na finansowanie ….Ciągną więc te worki, torby upychają w bagażnikach ciężarówek.. Motywacja wszędzie taka sama , poprawić swój los, byt , zarobić trochę pieniędzy, zabezpieczyć rodzinę.
Azerbejdżańscy pogranicznicy byli jednak nieubłagalni . Wypruwają na naszych oczach tuż za mostem autobus za autobusem , samochód za samochodem i nakazują wyrzucać nadmiar produktów wprost do rzeki, z mostu. Ludzie lamentują, ale cóż maja robić. Kolejne pakunki idą do wody z wysokości kilkunastu metrów. Zauważyliśmy , że ludzie w przenoszonych pakunkach mają zwykłe arbuzy oraz mięso. Domyślamy się że ceny w Azerbejdżanie są wysokie. Takie też wieści mieliśmy kiedy wyjeżdżaliśmy z Polski.

Kiedy przychodzi nasz kolej zajmuje się nami kilku pograniczników. Ale pełna kultura, płacimy 30 USD legalnych opłat na kwit { jeden z oficerów podkreślał to kilkakrotnie ,że legalnie}. Po stwierdzeniu w paszportach pieczątki armeńskiej zaczyna się dokładne przeszukanie auta i wywiad dotyczący pobytu w Armenii- te dwa kraje są w stanie wojny przecież. Dopiero po stwierdzeniu ,że byliśmy tam dwa lata temu atmosfera się poprawia i przeszukiwanie się kończy. Panowie myśleli ,że w Armenii byliśmy w trakcie obecnej podróży. Wszyscy się śmieją z tej pomyłki.
Celnicy chcieli wpisać nam tranzyt na auto tylko na trzy dni mimo posiadanej wizy tranzytowej na pięć. Próbowałem się wykłócać , ale argumenty nie bardzo trafiały. W końcu powiedziałem ,że będę musiał w Baku oddać auto do naprawy bo elektronika padła – była to prawda , ABS-u nie mieliśmy a inne kontrolki wariowały. Padło wszystko po Swanetii.
To ich chyba przekonało bo wpisali w końcu w celne papiery 5 dni.

Po przejechaniu przejścia będącego w remoncie, wyjechaliśmy na całkiem dobre azerskie drogi. Co prawda połatane i niezbyt równe, ale nie dziurawe i z deklami w studzienkach. W przejeżdżanych wsiach zauważyliśmy , że cały ich wsi oddzielony był od świata kamiennymi murami pomalowanymi w biało czarne wzory. Wszystko to wyglądało bardzo estetycznie i czysto. Na drogach mało samochodów i ludzi. Często przemykały kwadratowe woziki konne, takie dwukółki.
Odmiennie niż w Turcji czy w Gruzji , były one ciągnięte przez małe koniki. Osiołków praktycznie nie widzieliśmy.
W mieście Bakałan wymieniliśmy na bazarze walutę .
W bankach oraz instytucjach państwowych jest przerwa obiadowa pomiędzy 13 a 14 , a my nie mieliśmy czasu czekać więc zaryzykowałem wymianę u cinkciarza, którym okazał się sprzedawca lodów na bazarze. Kurs trochę lepszy niż bankowy.

Pierwsze miasto w Azerbejdżanie zaskoczyło nas korzystnie. Bardzo dobre drogi, szerokie wjazdy , chodniki, zielone klomby i trawniki. Dużo nowoczesnych budynków , szkło ,aluminium – poczuliśmy się jak gdzieś w Europie. Również dużo placów zabaw i małych placów do rekreacji. Super. Tylko co kawałek ogromne portrety zmarłego już Gajdara Alijewa. Taki lokalny kult jednostki. Na środku miasta na rondzie ogromny , gigantyczny maszt z azerbejdżańską flagą. W Bakałan zatankowaliśmy też pierwszy raz azerskie paliwo. Cena bardzo przyzwoita 0,45 manata co w przeliczeniu na złotówki stanowiło ok. 1,60 PLN

Planując zwiedzanie Azerbejdżanu braliśmy pod uwagę fakt posiadania 5 dniowej wizy tranzytowej, To nie jest dużo biorąc pod uwagę , że praktycznie dwa dni zabierają dojazdy do granic i formalności graniczne. Zaplanowaliśmy więc zwiedzenie tylko północno wschodniego Azerbejdżanu oraz Baku i kilka miejsc w trakcie przemieszczanie się w kierunku irańskiej granicy.

Jechaliśmy na południowy wschód w kierunku Baku w dolinie . Po lewej stronie majaczyły nam potężne , dochodzące do prawie 5000 metrów góry. Mieliśmy do nich dotrzeć ale od drugiej strony, najpierw musieliśmy te pasmo objechać od wschodu – w tym dojechać do Baku . Drogi na przełaj , przez góry nie ma . Musimy zatoczyć koło.
Przez większość drogi towarzyszą nam wokół ogrodzone pola z orzechami laskowymi, natomiast wzdłuż drogi , tak jak u nas kasztany, czy lipy , ciągną się kilometrami orzechy włoskie. Wbrew opisom w różnych przewodnikach przy drogach jest również mnóstwo różnych barów, herbaciarni, restauracji. Czasami trafiają się hotele. Widocznie piszący przewodniki nie byli dawno w Azerbejdżanie, albo ten kraj tak szybko idzie do przodu. Zastanawialiśmy się kto stołuje się w tych barach, bo turystów w Azerbejdżanie jest bardzo mało. Przyczyna ??? Wjazd turystyczny tylko po przedstawieniu rezerwacji z jakiegoś hotelu. Łatwo to ominąć, ale jednak. Pozostaje tranzyt 5 dniowy jeśli jest wiza kraju docelowego np. Iranu. Te bary i restauracje przy drogach umieszczone są przeważnie na dość rozległym terenie ,częściowo lub całkiem na powietrzu. Stolik od stolika stoi czasami 10 metrów. Całość w cieniu rosnących drzew . Oprócz stolików na wolnym powietrzu w takich restauracjach są jeszcze małe domki przypominające nasze kempingowe. Klient chcący bardziej kameralnej atmosfery może wynająć taki mini domek { jest tam od 4 do kilkunastu miejsc } tzw. numer i tam biesiadować z przyjaciółmi czy z rodziną.
Pod koniec tego dnia zatrzymaliśmy się w takiej leśnej restauracji i tam spróbowaliśmy lokalnych przysmaków. Doskonały rosół z jagnięcia o konsystencji jarzynówki w szklance, sałatka z bakłażanów, pomidorów, pietruszki , oraz gotowane mięso z jagnięcia . Do tego trochę innych przystawek i świetna bułka. Wszystko super smaczne. Całość 15 manatów czyli ok.60 PLN.
Dość dużo , ale już wiedzieliśmy że Azerbejdżan jest krajem dość drogim dla turysty.
Wcześniej jadąc w stronę miasta Szeki przejeżdżaliśmy koło ogromnych monumentalnych pałaców stawianych na obrzeżach każdej miejscowości. Czasami stały one w szczerym polu. Nie wiedzieliśmy czy to budynki rządowe , czy może jakieś biurowce dla tworzących się zakładów, czy może hotele. Uderzała monumentalność tych budowli nasuwająca skojarzenia z Irakiem za czasów Saddama , czy też jakimś krajem feudalnym , w którym stawia się budowle ku czci albo na pokaz. Wokół przecież widać było też sporo biedy , jeśli nie nędzy. Przy pałacach ogromne ogrody, fontanny- taki orientalny klimat. Przydrożne zakłady przemysłowe również ozdabiane były takimi ogrodami i fontannami.

Często przed miejscowościami stały ogromne bramy , albo pomniki władców tych ziem. Ale często też zwykłe figury jeleni { bardzo częste } , owoców np.granatów. Przejeżdżane mosty ozdabiane były ładnymi lampionami i zdobionymi balustradami. Również wjazdy do miast tak wyglądały. No i na każdym kroku portrety Alijewów- zmarłego prezydenta i obecnego , jego syna.
Całość tworzyła sympatyczne , choć kiczowate wrażenie. Mnóstwo policji na każdym kroku, dużo kontroli drogowych.
Po drodze przed miastem Szeki minęliśmy konwój samochodów rządowych . Potężne czarne auta jechały całą szerokością drogi spychając wszystkich z drogi. Później dowiedzieliśmy się ,że w tym dniu w tych okolicach był prezydent Litwy .
Dotarliśmy do miasta Szeki , jednego z najładniejszych i najstarszych miast Azerbejdżanu , które powstało ponad 2600 lat temu. W Szeki znajduje się jeden ze wspanialszych pałaców chanów, porównywalny z pałacami w Baki i Bakczysaraju.

Na wjeździe daliśmy zarobić taksówkarzowi 4 manaty za doprowadzenie nas pod ten zabytek . I tam niespodzianka. Okazało się , że tego ten hit turystyczny Azerbejdżanu jest niedostępny dla turystów z powodu …, wizyty prezydenta Litwy. Zrobiliśmy kilka zdjęć na zewnątrz i już mieliśmy odjeżdżać kiedy pod pałac podjechał samochód z Japończykami. Byli to goście ambasady japońskiej w Baku.
Zacząłem z nimi rozmawiać i pan konsul poprosił o rozmowę z kimś ważnym. Chyba był to ktoś z azerskiej ochrony wizyty litewskiego prezydenta .

Po chwili dostaliśmy wraz z Japończykami zgodę na wejście do pałacu. Dano nam też darmowego przewodnika po pałacu. I tak psim swędem dzięki Japońcom obejrzeliśmy rzeczywiście piękne wnętrza Pałacu Szekińskich Chanów oraz ogród.

Oprócz tego w Szeki obejrzeliśmy też muzeum oraz Meczet Piątkowy Dżuma .
Następnym turystycznym celem i najważniejszym w tej okolicy była wieś Kisz leząca kilka kilometrów powyżej Szeki. Bezbłędnie dotarliśmy do wsi po kilkunastu minutach. Kisz to jedna z najstarszych osad w Azerbejdżanie z zachowaną starożytna architekturą. Znajduje się w niej budowla pretendująca do miana najstarszego istniejącego kościoła chrześcijańskiego na świecie.
Jechaliśmy wąziutkimi kamiennymi uliczkami pod górę , mijając zaciekawionych , tradycyjnie odzianych ludzi. Czasami lusterkami zawadzałem o ściany kamiennych ogrodzeń. Domostw nie widać było spoza murów otaczających obejścia.

Wszystkie mury łączyły się w nieprzerwaną ścianę pomiędzy którą wiła się nasza droga. Po dotarciu na górę , do serca wsi, ujrzeliśmy na środku niewielkiego placyku maleńki kościół o romańskiej bryle z niewysoką wieżą . W wieży wąziutkie otwory okienne . Całość nakryta dachem z czerwonej dachówki- efekt renowacji z 2003 roku.

W początkach naszej ery dotarł na te ziemie zamieszkane wówczas przez plemię Albańczyków św. Elizeusz , uczeń Apostoła Tadeusza i tam wybudował kościół . W trakcie badań archeologicznych zostały w tej świątyni odkryte ściany pochodzące z początku 1 wieku naszej ery.
Albańczycy są wielka tajemnicą tej ziemi . Byli bardzo wysocy i byli blondynami , po wiekach zniknęli i rozpłynęli się nie wiadomo gdzie. Być może przenieśli się na ziemię nad Wisłą ? Na ogrodzonym terenie wokół kościoła znajdują się odkryte groby Albańczyków . W jednym z nich jest szkielet mężczyzny o wzroście ok.2 metrów a obok kobiety o wzroście ok.2,20 metra. Grobów jest więcej a większość odkrywanych szkieletów wskazuje na wzrost chowanych ludzi powyżej 1.80 metra.

Sam kościół nie jest obecnie świątynią należącą do chrześcijan . Jest to obecnie tylko muzeum , w którym eksponowana jest historia Albańczyków , chrześcijaństwa na tym terenie oraz zabytki z wykopalisk archeologicznych. We wnętrzu jest ściana , na której można spróbować przykleić do ściany monetę, jeśli się uda to wówczas spełni się marzenie. Ciekawostka jest fakt , że w pracach archeologicznych oraz rekonstrukcyjnych przy tej świątyni uczestniczył podróżnik, pisarz, odkrywca Thor Heydereydahl. Ma on tam swój mały pomnik. W nazwijmy to prezbiterium stoi postument z fantazyjnym krzyżem, a pod postumentem jest zakopany totem Albańczyków – kozioł.

Otoczenie wokół kościoła jest bardzo ładnie zagospodarowane, zadbane i robiące przyjemne wrażenie.

Przed wejściem do kościoła z lewej strony znajdują się płyta nagrobna pod którą składano zmarłych kapłanów , świętych kościoła . Miejscowi twierdzą ,że jeśli trzy razy się okrąży tą płytę to wówczas posiadane choroby zostaną przez tych zmarłych zabrane z ciała pielgrzyma. Jakieś tam dolegliwości po 40 już się ma więc obiegłem to miejsce prosząc świętych o zdrowie. Ewa zrobiła mi zdjęcie w trakcie tej pogańskiej czynności i stwierdziła ,że będę zdrowszy jeśli będę jadł mniej kiełbasy i pił mniej piwa. No , cóż , zobaczymy co się sprawdzi.

W Iranie nie będzie ani piwa ani kiełbasy….
Za bilety zapłaciliśmy 0.8 manata , filmowanie i fotografowanie 0.5 manata – my dostaliśmy za 1 manata jeszcze przewodniczkę w języku rosyjskim.
W małej salce obok kościoła wpisaliśmy się do pamiątkowej książki , znaleźliśmy w niej jeszcze jeden polski wpis sprzed lat. Wpisał się jakiś ksiądz odwiedzający ważne dla chrześcijaństwa miejsca.
Wyjechaliśmy z Kisz i Szeki naprawdę pod wrażeniem tych miejsc. Trochę pobłądziliśmy w zaułkach przedmieść miasta , ale dzięki temu zobaczyliśmy bardziej prowincjonalne miejsca i biedę zasłanianą malowanymi na prikaz murami.

Wieczorem po opisanej wcześniej kolacji dojechaliśmy w deszczu do miasta Gabala gdzie zamierzaliśmy przenocować. W jednym z dużych hoteli zaproponowano nam nocleg ze śniadaniem za 60 manatów. Odpuściliśmy i za kawałek pojawił się po lewej stronie duży plac targowy , taka giełda towarowa i na jednym z budynków na tym bazarze napis hotel.

Tam dostaliśmy pokój za 20 manatów. Cena adekwatna do standardu. Koszmarna była łazienka w której strach było postawić nogę i dotknąć kran z wodą. Sam pokój ok. , prycze na sprężynach, ale czysta pościel { nieużywana}.
Ważne , że było gdzie w spokoju i bezpiecznie się przespać w pierwszą azerbejdżańską noc. A ja mogłem trochę napisać o naszych wrażeniach z tego dnia podróży.