
Rano przed wyjazdem wdaliśmy się w dyskusję z jednym ze starszych ludzi z bazaru na temat sytuacji w Azerbejdżanie. Starszy mężczyzna bardzo narzekał na realia . Twierdził ,ze rządzi w jego kraju klan ludzi pochodzących z Nachiczewania. Pracę mają tylko nieliczni ludzie i to Ci którzy głośno klaszczą władzy. W więzieniach w Azerbejdżanie przebywa według rozmówcy ponad 300 tysięcy ludzi. A większość z powodów politycznych. Jednym ze sposobów na niepokornych jest podobno w Azerbejdżanie podkładanie przez policję polityczna narkotyków , za posiadanie których są wysokie kary. Nie komentowałem tych wypowiedzi , tylko słuchałem. Też nie do końca wiedziałem z kim rozmawiałem , a może prowokator …Cóż ,jeśli tak rzeczywiście jest to można współczuć , ale my mogliśmy tylko wysłuchać .Na koniec rozmówca poprosił o wsparcie finansowe ….

Jadąc przez Azerbejdżan zorientowaliśmy się szybko ,że nazwy w przewodniku, na mapie i w rzeczywistości różnią się znacznie od siebie i trzeba naprawdę dobrze kombinować aby domyślić się ,że napis na drogowskazie to ta sama nazwa co na mapie. Np. wioska Khynalik na mapie, to w książce wioska Qinalig a w rzeczywistości nieliczne znaki drogowe opisują ja jako Xinalik . Wiedzieliśmy, że z tego powodu będziemy mieli kłopoty. Szybko też zorientowaliśmy się , że zarówno książka o Azerbejdżanie jak i mapa zawierają spore błędy. Tego dnia mocno padało co nie nastrajało nas optymistycznie. Przy wyjeżdzie z Gabali zabłądziliśmy dzięki czemu obejrzeliśmy kolejną porcje orientalnych ale nowoczesnych pałaców, rezydencji i pełnych przepych budynków rządowych

Nawet niezbyt długie i mocne opady są bardzo niebezpieczne w Azerbejdżanie. Wysokie góry wokół wyrastające mocno z dolin powodują, że częste są gwałtowne powodzie w tym rejonie. Rzeczne koryta w dolinach są gigantyczne, bardzo szerokie i pełne kamieni, głazów, drobnych czarnych kamieni i szlamu. Mosty przez to są bardzo długie. Często widać też ,że są to mosty nowe. Widocznie w dolinach są one często niszczone w trakcie powodzi.

W planach mieliśmy odnalezienie skupiska pięknych , kilkudziesięciometrowych wodospadów znajdujących się na terenie rezerwatu przyrody k/ miasta Ismaiły. Były to wodospady Sitsu, Khalandzik i jeszcze jeden , którego nazwy zapomniałem. Przygoda szukania tych wodospadów będących podobno perełką tego rezerwatu była dla nas nauką jak trudno znaleźć w Azerbejdżanie turystyczna atrakcję, czy też zabytek przyrody. Praktycznie brak w tym kraju oznaczeń kierujących zmotoryzowanego turystę do atrakcji. Mimo pomocy miejscowych szukaliśmy tych wodospadów przez kilka godzin ze skutkiem negatywnym. Wjechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów w głąb górzystego terenu. Przejechaliśmy przez wiele wsi i jeśli w jednej z nich mówiono nam ,ze jeszcze kilka kilometrów , to po przejechaniu tych kilku kilometrów okazało się ,że w następnej wsi nie wiedzą nic o wodospadach. Dużą barierą był język. Starsi ludzie znają tylko język turecki, młodzi to samo. Mało kto zna rosyjski

W poszukiwaniu wodospadów wjechaliśmy w teren, w którym powoli zaczęło robić się niebezpiecznie. Po opadach deszczu małe potoki zamieniły się w rzeczki , w niektórych miejscach droga z kamienistej zamieniała się w błotną. Spod kół osuwała nam się droga w głębokie wyrwy pośrodku traktu. Tamtędy szorowała z góry woda. Wiedzieliśmy , że za moment możemy mieć problem z powrotem przez małe potoki, które przejeżdżaliśmy . Mostków nie było a woda podnosiła się z minuty na minutę. Być może byliśmy już blisko celu , ale z żalem musiałem zawrócić. Niestety podróżowanie pojedynczym autem bez asekuracji innego pojazdu ma swoje wady . Jedną z nich jest konieczność zachowania większej ostrożności w trudniejszych warunkach. W razie kłopotów nie ma po prostu kto pomóc się wygrzebać.


Wróciliśmy na asfaltową główna drogę. Skręciliśmy w stronę niezwykłej górskiej wsi o nazwie Lahicz położonej wysoko w górach na zboczu potężnego wąwozu rzecznego. Wieś Lahicz jest niezwykła z powody zachowania się w niej średniowiecznej , niezmienionej tradycyjnej architektury .Również zachowała się w tej wsi tradycja przeróżnych rzemiosł . Wykuwa się ręcznie naczynia miedziane, cynowe, ręcznie się je również ozdabia. W każdym z domów rodziny specjalizują się w innym rzemiośle . W jednym domy tkają dywany i makaty, w innym naczynia miedziane, w innym robi się leki ziołowe i się je sprzedaje itd. Problemem był tylko dojazd , bo według wszystkich danych jest on bardzo trudny a w czasie deszczowej pogody wręcz niebezpieczny. Postanowiliśmy jednak tam pojechać choćby dlatego ,ze jedna z zaplanowanych na ten dzień atrakcji – wodospady – nie wypaliła. Już początek podróży zapowiedział atrakcje.

Na asfaltowej drodze wspinającej się w górę pojawiło się stado owiec i młody jeździec pilnujący stada. Był to młodziutki chłopiec. Ujrzawszy nas postanowił się z nami ścigać. Rozpędził konia do wielkiej szybkości i tłukąc go w zad nahajką zrównał się z nami po czym z wielkim zadowoleniem nas wyprzedził .Mógł mieć najwyżej 10 lat. Oczywiście po jakimś czasie mimo jego popędzań koń osłabł i stado z młodziutkim kaukaskim kowbojem pozostało w tyle. Zaczęliśmy niezwykłą podróż do średniowiecznej wsi . Droga rzeczywiście wkręcała się wąską ścieżką w głęboki wąwóz, którym płynęła rzeka Girdimanczaj. Asfalt ustąpił miejsca najpierw kamieniom, a czasem szutrom lub błotnistej mazi. Co chwila zatrzymywaliśmy się w wąwozie nie wierząc w to co widzimy. Rzeka Girdimanczaj płynąca w dole musiała być strasznie grożna , bo już po kilku godzinach deszczu wcześniej, kłębiła się szaroczarnym bałwanem . Miejscami przewalała się już nad małymi mostkami poniżej naszej drogi. To był wąwóz grozy , demoniczny nastrój potęgowała pochmurna i mżysta pogoda , w wąwozie mimo wczesnego popołudnia był prawie ciemno. Skały też miały szary ,ziemisty kolor szlaki. Pomyślałem sobie : Boże , gdzie my jedziemy , gdzie nas zaniosło….

Tutaj też miejscami jadąc po półce skalne w zboczu musieliśmy się zatrzymywać widząc jadący z rzadka z góry pojazd . Raz , kilka kilometrów przed Lahicz musiałem kilkaset metrów cofać w dół aby znaleźć szersze miejsce , którym jadący z góry pojazd nas wyminął. W zakolach zakrętów ze stromych ścian spływało błoto z kamieniami wyrywając z wąskiej drogi cenne centymetry szerokości.

Po jakimś czasie droga w takim zakolu robi się zbyt wąska i wówczas w takim miejscu przerzuca się mostek, albo wykuwa się w zboczu półkę z nawisem powyżej, tak , aby zmieścił się tam samochód czy wóz. Widok często był nierealistyczny kiedy widzieliśmy w oddali jadący pojazd wiszący na półce pośrodku ogromnej , wysokiej skały. Kiedy my już docieraliśmy w to samo miejsce inni z dołu postrzegali nas tak samo. Jak ludzie wykuli w tej skale drogę , ile pracy, mozołu i istnień ludzkich musiało kosztować wykonanie dwumetrowej szerokości drogi ?? Często widzieliśmy w czasie kilkudziesięciokilometrowej drogi małe dzieci prowadzące stada kóz lub owiec.

Przy jednych z takich dzieci zatrzymaliśmy się i daliśmy im cukierki. Zobaczył to starszy mężczyzna sprzedający na skraju niewielkiej osady jakieś produkty . Opieprzył nas i nakazał aby tego więcej nie robić. Oczywiście miał rację. My też przestrzegamy swoje dzieci przecież aby nie rozmawiały z obcymi ani nie przyjmowały nic od nich.

Po drodze minęliśmy kilka nędznych osad gdzie ludzie żyją nie wiadomo z czego , mijaliśmy jeźdźców na koniach i dzieci na osiołkach.

Kiedy ujrzeliśmy wreszcie zabudowania Lahicz i szczyt meczetu myśleliśmy, że to już koniec off- roadowych przeżyć. Ale tuż przed wsią woda na zakolu przed mostkiem wyrwała kawał drogi robiąc w tym miejscu koryto rwącej rzeczki. Zatrzymaliśmy się nie wiedząc czy ta przeszkodę będziemy w stanie pokonać. Mężczyźni stojący nad tą wyrwą pokazali na migi ,że powinno nam się udać . Widocznie jakieś auta już przejechały tędy wcześniej. My jednak mieliśmy przed oczami zepsuty w Swanetii ABS i szalejące kontrolki na tablicy rozdzielczej. W końcu jednak ruszyliśmy na włączonym reduktorze . Przy stromym wyjezdzie z wyrwy na drugiej już stronie auto zaczęło się obsuwać z powrotem do strumienia, ale jakoś dodając mocy się wygrzebaliśmy. I warto było … Miasteczko było jak z baśni.

Podobne było trochę do Safranbolu w Turcji. Na kamiennych murach piętrowych domów wystawały drewniane zabudowane balkoniki. W ogrodzeniach domów tkwiły piękne , rzeźbione , często bardzo masywne wrota.

Całe miasteczko skupione było na zboczu wąwozu na jednej bardzo długiej ulicy. Od tej ulicy odchodziły na boki krótkie uliczki.

Wszystko w kamieniu, bruk głównej ulicy błyszczał wyślizganymi łbami. Przed domami siedzieli sprzedawcy wytworów własnych rąk

To co sprzedawano przed domem było produkowane na ich parterach albo tyłach. Zaglądaliśmy w otwarte drzwi i wrota i tam za plecami sprzedawcy widzieliśmy warsztaty. Wesoło dobiegały z nich postukiwania, młotków, i dłut. Kobiety tkały dywany i robiły wiązki mieszanek ziół albo coś zaparzały.

Weszliśmy do jednego z domów aby cos kupić . Były tam wyroby z miedzi. Widać było ,ze niektóre z nich są bardzo stare. Po małych targach kupiliśmy mały miedziany garnek za niewygórowana cenę. Oczywiście robiąc zdjęcia.


Jedna ze sprzedawczyń –siedząca przed swoim domem staruszka- chciała sprzedać nam cudny, duży miedziany czajnik za 70 manatów. Miałem straszną chęć aby go kupić, ale z żalem sobie tego odmówiłem. Budżet wyprawy był zbyt skromny aby móc szaleć, a przed nami jeszcze wymagający Iran.
To co sprzedawano przed domem było produkowane na ich parterach albo tyłach. Zaglądaliśmy w otwarte drzwi i wrota i tam za plecami sprzedawcy widzieliśmy warsztaty. Wesoło dobiegały z nich postukiwania, młotków, i dłut. Kobiety tkały dywany i robiły wiązki mieszanek ziół albo coś zaparzały.

Z miasteczka skierowaliśmy się w stronę następnej osady w górach - Pirkuli . W tej osadzie znajduje się podobno obserwatorium astronomiczne . Jest to też podobno niezwykle widokowa miejscowość . Droga na mapie wyglądała na niezgorszą niż ta, którą dojechaliśmy do Lahicz. Przy wyjeżdzie z miasteczka był też mosteczek . Na szczęście zatrzymaliśmy się przy nim aby dopytać miejscowych górali o drogę . Dowiedzieliśmy się , że do Pirkuli to może byśmy dojechali mimo kiepskiej pogody, ale dalej do drogi Gabala – Baku, to nie mielibyśmy szansy w taka pogodę. Podobno za Pirkuli wszystko pozarywane. Upewnialiśmy się kilka razy czy dobrze słyszymy. Nie chcieliśmy się cofać kilkadziesiąt kilometrów tą sama drogą , którą przyjechaliśmy.

Niestety, górale po raz kolejny zapewnili , że odcinek od Pirkuli do głównej drogi , mimo że tylko kilkunastokilometrowy jest nie do przejechania naszym autem. Argumentem było stwierdzenie , że mieszkańcy Pirkuli nadrabiają 50 kilometrów i jadą do głównej drogi przez Lahicz właśnie. Z wielkim żalem zawróciliśmy na tą sama drogę, która przyjechaliśmy. Przejazd przez wyrwę za mostem poszedł nam już całkiem dobrze i nie zatrzymując się już nigdzie za 2 godziny dojechaliśmy z powrotem do drogi Gabala- Baku. Ale myślę, że podobnie jak w przypadku drogi Mestia – Uszguli – Kutaisi w Gruzji , która spowodowała nasz drugi przyjazd do Gruzji tak samo będzie chyba kiedyś z droga Lahicz –Pirkuli. Kiedyś przyjedziemy jeszcze raz do Azerbejdżanu i ją pokonamy…

Pozostałą cześć 150 kilometrów do Baku pokonaliśmy w chmurze dymu i pyłu z niekończącego się remontu czy tez raczej budowy drogi.
Ciągnęliśmy się jak żółwie z prędkością 30km/h za sznurkiem innych pojazdów. Dziura na dziurze i straszny kurz. Za parę lat będzie piękna droga, ale my mieliśmy pecha. Mieliśmy tego dnia już dość off-roadu , a tutaj taka niespodzianka. Na przedmieścia Baku dojechaliśmy kiedy było ciemno. Ujrzeliśmy po lewej stronie drogi napis Hotel i postanowiliśmy się zatrzymać. Szukanie w dwumilionowym mieście noclegu w nocy to to, czego nie lubimy najbardziej. Dla turysty z własnym autem hotel na przedmieściach to dobra rzecz. Mając własny samochód można do centrum dotrzeć w kilkanaście minut, za to cena w takim hotelu jest kilka razy tańsza niż w centrum .I w tym przypadku też tak było. Baku jest słynne z potwornie drogich hoteli, a my za noc w przyzwoitej dwójce z klimatyzacją , TV zapłaciliśmy 30 manatów. Grosze w porównaniu z cenami w centrum. Obsługiwał nas w hotelu malutki Azer , który dowiedziawszy się , że jesteśmy z Polski powiedział ,że w czasach ZSRR był w wojsku właśnie w Polsce - w Kołobrzegu. Oprowadził nas po hotelu , który okazał się całkiem sporym kompleksem , a jako atrakcje dla turystów miał jeszcze wybieg z niedźwiedziami na zapleczu. Oczywiście poszliśmy je obejrzeć. Postanowiliśmy , że ten hotel będzie dobra bazą na zwiedzanie Baku i na wypad na północ Azerbejdżanu w rejon Quba, Qusar i do wsi Xinalik . Postanowiliśmy zostać w nim dwa dni. Po kolacji z ulgą poszliśmy spać.