zdjęcia i fotografie góry Kaukaz, Gruzja, Armenia, Azerbejdżan, turystyka, podróże, wyprawy, gospodarka, bezpieczeństwo, zabytki, zwiedzanie, trekking, Morze Czarne, wybrzeże, Tbilisi, Batumi, Mccheta, Kazbek, Kazbegi, Wardzia
Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja
strona główna strzalka relacje strzalka Gambit Gruziński.

Gambit Gruziński. - Jacek Głuchowski

konkurs na najlepszą relację z podróży na Kaukaz 2010

podróż: 2008r., Gruzja

Dlaczego Gruzja? Aby pobłąkać się trochę po lądach do których dotarli Argonauci, wybrać się w podróż przez Kolchidę i Iberię, wypić wino w cieniu podniebnego Kaukazu i patrzeć na zielone grzbiety Suramu. Będzie to wyprawa raczej na stopa i zaściankami, bo chyba tak najlepiej można poznać ten świat trochę jakby z drugiej ręki, trochę przenicowany i wytarty, w kolorach starego srebra, obrośnięty mchem, w którym o budowlach z przed tysiąca lat mówi się: takie młode.

HOPA

Docieramy do przejścia. Szok. Ludzi pełno. Armeńców, Gruzinów. Warunki po stronie tureckiej wprost koszmarne. Z nieba leje się skwar, a my stoimy w pełnym słońcu w kolejce do jakiejś rozklekotanej budki. Kolejka to w sumie za dużo powiedziane, po prostu masa ludzi pcha się bez ustalonego kierunku. Ludzie się niecierpliwią i zaczynają na chama przepychać. Wszystkim powoli zaczynają puszczać nerwy. Ktoś kogoś szturcha, dochodzi do przepychanek, a w powietrzu słychać lecący stek wyzwisk i gróźb, których znaczenia nie chcemy nawet znać. Słońce ciągle niemiłosiernie grzeje. Gdy już po wielu stresach przychodzi nasza kolej, turecki pogranicznik niespodziewanie zamyka nam okienko przed nosem. Nie pozostaje nic innego jak powrót do pierwszego okienka i czekanie od nowa na swoją kolej. Tyle czasu i nerwów dla jednej głupiej pieczątki w paszporcie. <-p>

Po stronie drugiej natomiast zupełna odmiana, jakby obrót o 180°. Przyjmują nas bez problemu, a ze względu na to że jesteśmy turystami (świadczą o tym ogromne plecaki z przytroczonymi karimatami), obsługują nas poza kolejnością przez przejście samochodowe. Jesteśmy w Gruzji! Cel osiągnięty po 5-ciu dniach tułaczki z Polski!

BATUMI

Po krótkim rozeznaniu okazało się, że hotel w Batumi do którego zostaliśmy podwiezieni faktycznie był bardzo tani. Trochę mieliśmy trudności z dogadaniem się z hotelowym "Dziadzią", jednak udało się nam go przekonać do ceny 100 gruzińskich lari za naszą ósemkę za noc. Jeszcze nie zdążyliśmy się dobrze wprowadzić ani nawet wnieść na pięterko naszych tobołów, a już na własnej skórze przekonaliśmy się, że opowieści o słynnej gruzińskiej gościnności nie są ani odrobinę przesadzone. Właściciel hotelu w mig postawił na stole kieliszki i przyniósł butelkę po dwulitrowej Fancie z jakimś przezroczystym płynem. To czacza - tradycyjny gruziński samogon, cholernie mocny. Dziadek chwalił się nam że sam go wyprodukował i że ma około 66% alkoholu. Nie pozwolił nam nic zrobić, nawet wyjść na chwilę na miasto aby rozmienić pieniądze, dopóki nie wypijemy trzech solidnych (nie oszukanych) kolejek. Nie ma przebacz, trzy na 'dzień dobry' musi wypić każdy gość, to gruzińska tradycja. Po dziesięciu kolejkach natomiast można spokojnie już iść spać.

GELATI

Gelati znajduje się około 10km za miastem Kutaisi na wysokich wzgórzach. Prowadzi do niego stroma, niemal górska serpentyna. Po kilkunastu minutach jazdy marszrutką, naszym oczom ukazał się okazały kompleks klasztorny. Składał się on z dużej głównej katedry, kilku pomniejszych kościółków, dzwonnicy, oraz pomieszczeń dla mnichów. Całość pochodzi z XI w. (w Gruzji nie jest to niczym szczególnym), jest też wpisana na listę Dziedzictwa Światowego UNESCO.

Podczas przechadzki między klasztornymi zaułkami spotkaliśmy ogrodnika zajmującego się przyklasztornym sadem. Widząc biednych, umęczonych studentów z plecakami jak my, postanowił nam pomóc. Dostaliśmy od niego w poczęstunku chleb, domowe wino, śliwki, konfitury, jakiś dziwny sos. Ogrodnik w imieniu monachów zaoferował nam także nocleg na terenie monastyru - pod warunkiem jednak, że dziewczyny będą spały poza jego murami. Nie zapominajmy, że jednak to jest wciąż klasztor i obowiązują tutaj pewne wiekowe tradycje i zasady.

Ogrodnik również oprowadził nas nieco po okolicy. Pokazał nam ogród, w którym rosły śliwki i winogrona z których pędził wino (i nie tylko). Zobaczyliśmy także ciekawe miejsca poza klasztorem. W Gelati w latach świetności jakieś 1000 lat temu znajdował się duży kompleks monastyrów. Teraz to jednak pozostawione same sobie zarośnięte ruiny i leżące tu i w ówdzie kamienie. Zastygła krew na głazach świadczyła o trudnej przeszłości Gruzinów, nękanych przez tureckie najazdy i wewnętrzne konflikty (tak naprawdę to były tylko czerwone porosty na skałach, ale opowieści Ogrodnika były bardzo przekonywujące).

Potem, aby tradycji stało się zadość, pojawiła się i czacza (oczywiście w plastikowej butelce po napoju). Wypiliśmy kilka kolejek, za każdym razem wznosząc toasty - a to za przyjaźń, a to za Gruzję, a to za Polskę. Takie toasty to istota gruzińskiej tradycji. Toasty (te poważne) wznosi się oczywiście własnoręcznie pędzoną czaczą i pije do dna. Piwem natomiast można wznosić toasty takie dla żartów i z przymrużeniem oka (np. za rosyjską piechotę, albo żeby komuś się powinęła noga itp.).

Gdy tak siedzieliśmy sobie beztrosko na trawce pod klasztorem sącząc kompot, dołączył do nas jeszcze jeden - jak wówczas sądziliśmy - mnich. Po kolejce czaczy zaproponował kąpiel w lokalnym baseniku - był to po prostu zbiornik wodny, do którego dopływała woda ze "źródełka" wybijająca wprost spod dzwonnicy. Byliśmy nieco zdziwieni, na jakim luzie żyją tutejsi mnisi. Nie zastanawiając się długo, rozebraliśmy się wskoczyliśmy na "bombę" do przyklasztornego basenu. Niestety tylko chłopaki, gdyż wedle tradycji kobiety nie mogły korzystać z tej samej wody. Woda była nieco brudna, i podobno żyły w niej nawet jakieś hodowlane ryby, ale mimo to była bardzo orzeźwiająca. Kąpiel w świętym źródełku w murach średniowiecznego klasztoru z listy UNESCO - to nie zdarza się często.

CHERTWISI

Chertwisi leży na drodze między Wardzią i Achalcyche. Okazała twierdza zlokalizowana była na wysokiej skale, w miejscu gdzie łączą się dwa nurty rzek (nazwa Chertwisi po gruzińsku oznacza właśnie takie miejsce). Wysłaliśmy Łukasza aby dowiedział się gdzie moglibyśmy zostawić plecki i czy są jakieś bilety wstępu na zamek. Wrócił niedługo z nowym kolegą. Jak się okazało, twierdza była "zamieszkała" przez grupę studentów i wolontariuszy z Gruzji i Rosji, którzy zajmowali się między innymi renowacją wiekowych ruin. Jeden z nich, Dawid z Władywostoku, oprowadził nas po zamku oraz przedstawił swoim kolegom i koleżankom. Zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci. Pozwolono nam rozbić namioty w murach zamku i korzystać z ciepłej wody w łazience. Zagraliśmy też integracyjny mecz Polska kontra Gruzja w siatkówkę (a raczej w gruzińską odmianę 'kartofla'). Zostaliśmy zaproszeni również na posiłek.

W murach Chertwisi poznaliśmy Michaela - Miszę, który okazał się być 'dziedzicem' tej twierdzy. Chertwisi należało niegdyś do jego przodków. Dzięki Bogu Misza znał bardzo dobrze angielski, więc można było swobodnie porozmawiać (aniżeli męczyć się z naszym łamanym rosyjsko-polskim). Misza okazał się prawdziwą skarbnicą wiedzy na temat historii Gruzji i nie tylko. Zaskakujące było to, że historia jego krewnych i przodków została opisana w czytanych przez nas książkach.

Nastała pora wieczornej uczty - supry. Stół nie uginał się co prawda od potraw, ale nie brakowało miejscowego sera, placków, wina oraz chleba. No i oczywiście czaczy. Ta czacza była tak mocna, że po przyłożeniu ognia paliła się jasnoniebieskim płomieniem. Misza opowiedział nam historię Polaka, który niedawno odwiedził Chertwisi i który sądził, że "jest Polakiem i potrafi pić" i tak mocna czacza nie robi na nim wrażenia.Gdy upił się jak bela, miejscowi powiesili go na belce stropowej za nogi, posmarowali twarz sadzą i zaczęli go okładać drewnianymi gałązkami. Podobno był to tradycyjny sposób na wytrzeźwienie...

Podczas wieczerzy byliśmy świadkami jednego z najważniejszych gruzińskich zwyczajów - toastów. W Polsce toasty mają znaczenie jedynie symboliczne, można wypić co najwyżej "za zdrowie" i to wszystko. W Gruzji natomiast jest zupełnie inaczej. Toasty wznoszone czaczą mają dla Gruzinów bardzo duże znaczenie. Gdy się je wypowiada, wszyscy milkną i słuchają głosu tamady, czyli "kierownika" imprezy. Tamada dba również o to aby nikt nie miał sucho w kieliszku oraz wyznacza rytm biesiady. Wypowiadanie toastu trwa długo i jego treść pochodzi prosto z serca, a nie jest wyuczona z pamięci. Często też treść toastu jest spontanicznie i monotonnie rymowana - podobnie do mnisich chorałów w cerkwi. Podczas wypowiadania toastu za zdrowie matek, które nas urodziły i wychowały, miejscowy góral aż miał łzy w oczach. Nie zabrakło też paru toastów na naszą cześć - cieszono się z naszego przybycia i życzono udanego pobytu i szczęśliwego powrotu do domu. Dla tego jednego momentu warto było przyjechać do Gruzji.

ACHALCYCHE

Nazajutrz musieliśmy wstać w miarę wcześnie aby załapać się na transport do Achalcyche a później do Gori . Chętnie zostalibyśmy dłużej na zamku, ale niestety czas nas gonił. Pożegnaliśmy się więc z Miszą i jego kompanami wręczając im małe podarki z Gdańska (pocztówki i inne pamiątkowe gadżety). Misza żałował, że nie ma dla nas nic w zamian, ale to nic nie szkodzi - jego gościnna starczyła aż nadto.

Aby szybciej i łatwiej złapać jakąś marszrutkę, wyszliśmy z wioski i poszliśmy do głównej przelotowej drogi. Jednak przez długi czas nic nie przejeżdżało oprócz wywrotek z kruszywem budowlanym z pobliskiej budowy. Na szczęście po jakimś czasie udało nam się złapać zwykłego forda transita (nie marszrutkę) i dogadać się z kierowcą na podwózkę do Achalcyche. Ponieważ był to zwykły 'dostawczak', załadowaliśmy się z plecakami na pakę.

Było bardzo wesoło, zostaliśmy poczęstowani arbuzem, a po chwili dosiadł się do nas do tyłu pewien zabawny Gruzin. Niestety nie mówił on po rosyjsku ani w żadnym innym przyzwoitym ludzkim języku, dogadywać więc musieliśmy się na migi. Na szczęście nie było to trudne - Grigorij posiadał bardzo sugestywną i wesołą mimikę twarzy, bardzo energicznie też gestykulował. Żeby podróż minęła jeszcze weselej, Grigorij kupił w przydrożnym sklepie flaszkę gruzińskiego koniaku. Po kilku kubeczkach Grigorij wyjął zza pazuchy maczetę i zaczął rozczłonkowywać arbuza. Pokrojone kawałki podtykał nam na maczecie w roztrzęsionym tranzicie prawie pod samo gardło. Podróż do Achalcyche minęła więc w bardzo wesołej atmosferze.

ANANURI

Międzyczasie trzeba coś przekąsić, wybieramy się więc do wioski i restauracji oddalonej o ok. 1km od twierdzy. Menu? A jakże, znowu te same cztery potrawy na krzyż.Chaczapuri, chinkali, ostre, lobio. To są dobre potrawy, no ale ile można jeść to samo. Na szczęście jest też coś nowego - świnina z kartioszkami, jak to określiła pani (strasznie tłuste). Posiłek zajął nam jednak zdecydowanie za dużo czasu. Była już 20, ściemniało się, a my byliśmy jeszcze bez jedzenia na śniadanie i bez miejsca na nocleg.

Naszą uwagę przykuły ciekawie wyglądające polanki, ulokowane u podnóża twierdzy Ananuri, tuż nad brzegiem jeziora. Jednak aby się do nich dostać, należało przejść przez wielki most zawieszony dobrych 20 metrów nad ziemią na drugą stronę, a później w dół skarpą. Zejście jednak okazało się niemożliwe. Stroma, usiana kamieniami skarpa, a do tego panująca już ciemność skutecznie zmusiły nas do zmiany planów.

Postanowiliśmy więc ulokować się nad jeziorem pod samą warownią. Szukając odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotów przy pomocy latarek i czołówek, po raz kolejny daliśmy się przekonać o niesamowitej gruzińskiej gościnności.

Nad jeziorem zobaczyliśmy samochód (czarny mercedes), a przy nim pełno mocno już podpitych Gruzinów, którzy najwidoczniej robili sobie imprezę. Byliśmy nieco zaniepokojeni, gdy naszą obecnością zainteresowały się wyrośnięte 'byki' na gołej klacie i w dresach. Znając polskie realia, mogliśmy domyślać się, że będą z tego kłopoty i sytuacja może skończyć się dość nieprzyjemnie. Jednak nie w Gruzji! Zostaliśmy serdecznie przywitani i naraz na masce samochodu pojawiły się smakołyki - chleb, melony, karton pełen mięsa no i oczywiście domowe wino. Nie mogliśmy odmówić. Kolejna impreza!

Gruzini chcieli dać świadectwo swojej gościnności i jeszcze nalegali abyśmy z nimi jechali zwiedzać Tbilisi (nic, że była już noc, Tbilisi było oddalone o ok. 80km, a kierowca miał kłopoty z utrzymaniem równowagi). Nie dawało się ich przekonać, że jesteśmy zmęczeni i jedyne o czym teraz marzymy to sen w namiocie. Po dobrych kilkudziesięciu minutach zaczynało to już być nieco męczące i na wszelkie możliwe sposoby próbowaliśmy dać do zrozumienia że dziękujemy za poczęstunek i że odezwiemy się do nich jak będziemy w Tbilisi. Na szczęście po jakimś czasie udało nam się "uwolnić" od towarzystwa nazbyt miłych Gruzinów, i po chwili rozbiliśmy obozowisko nad jeziorem praktycznie pod samym mostem, jak nie przymierzając włóczędzy.

Wtedy właśnie dostaliśmy z Polski pierwsze niepokojące SMS-y. "Konflikt w Osetii Płd. Się zaostrza"; "Wojska gruzińskie wkroczyły do Południowej Osetii". Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy co to oznacza i w co owy konflikt może się przerodzić.

MCCHETA

Dość nieciekawa sytuacja. Żona pana domu w którym wynajmowaliśmy kwaterę, cała zapłakana, cedzi przez łzy: "Ruskie świnie Gori zbombili!". A więc.wojna! Konflikt rosyjsko-gruziński wkroczył w decydującą fazę. W nocy zostało zbombardowane miasto Gori - oprócz bazy wojskowej bomby spadły również na budynki mieszkalne i są ofiary wśród cywilów. Pani ze łzami w oczach powiedziała, że ma brata w Gori, który w rozmowie telefonicznej przerażony kazał jej uciekać do lasu i tam szukać schronienia przed ruskimi pociskami i bombami.

TBILISI

Mijają kolejne minuty. Już wiemy. Decyzją parlamentu mamy w Gruzji stan wojenny. Jednak co on oznacza w praktyce nie wiedzą dokładnie nawet pracownicy ambasady. Stan wojenny ma ułatwiać wprowadzanie decyzji militarnych, ale co ma oznaczać dla przeciętnego obywatela i turysty z innego kraju - tego nie wiemy. Godzina policyjna? Mobilizacja wojska? Ograniczenie dostaw energii? Odcięcie linii telekomunikacyjnych? Zawieszenie transportu publicznego? To tylko spekulacje i domysły.

Wprowadzenie stanu wyjątkowego przesądziło sprawę. W polskim MSZ-cie zapadła decyzja o ewakuacji. Rząd ma zapewnić wszystkim obywatelom RP transport do Armenii do Erewania, a stamtąd rządowy samolot ma zabrać wszystkich do Polski. Ewakuacja jest dobrowolna i będzie finansowana z budżetu państwa. Wyszło też rozporządzenie o dokładnym spisie wszystkich Polaków znajdujących się w Gruzji, bez względu na to czy chcą być ewakuowani czy nie. Ewakuacja ma nastąpić jutro z samego rana spod budynku ambasady.

Musimy przyznać, że owy rządowy samolot "spadł" nam z nieba. Loty z Tbilisi mogły być zawieszone w każdej chwili, droga na zachód do Turcji była nieprzejezdna - trzeba by było jechać przez Gori, a to nie wchodziło w grę. Północ zamykają strome pasma Kaukazu i Rosja. Droga morska też odpada - raz, trzeba by było się dostać jakoś na zachód (znowu przez Gori), a dwa, port Poti, z którego odpływają promy pasażerskie na Ukrainę został zbombardowany, a poza tym trwa rosyjska blokada morska. Zostaje tylko droga na południe i szukanie 'ucieczki' przez Armenię na własną rękę. Postanowiliśmy więc skorzystać z samolotu aniżeli zostać i czekać w niepewności na rozwój wydarzeń, możliwe że bez późniejszej możliwości powrotu do kraju.

W Tbilisi, mimo dramatycznych wydarzeń w Płd. Osetii, Abchazji (która dołączyła do konfliktu) i w reszcie zbombardowanej Gruzji, mimo wprowadzenia stanu wyjątkowego, w ogóle nie czuć było atmosfery wojny. Dzień jak każdy inny. Ludzie spacerowali, pary trzymały się za ręce w parku. Tylko gdzieniegdzie było widać rezerwistów oraz policjantów uzbrojonych w karabiny. Niemalże sielski spokój zakłócały jedynie skandujące tłumy pod parlamentem oraz kierowcy, trąbiący i pędzący aleją Rustawelego samochodami ozdobionymi gruzińskimi białymi flagami w czerwone krzyże. Zupełnie jakby właśnie wygrali jakiś mecz piłki nożnej, a nie szykowali się do wojny.

ERYWAŃ

Kilka chwil przed 11-tą wielki żółty konwój rusza spod ambasady. Przed nami około 4-godzninna droga do Erywania (niestety tylko teoretycznie). Do granicy armeńskiej docieramy w dość wolnym tempie. Aby się dostać do Armenii, niezbędne są wizy (koszt wizy turystycznej to przeszło 50 USD). Z początku myśleliśmy, że skoro jesteśmy ewakuowani z kraju objętego wojną, to nasz przejazd i wizy będą załatwione szybko jakimiś kanałami dyplomatycznymi przez ambasadę. Tak się jednak nie stało. Wnioski o wjazd do kraju trzeba było wypisać własnoręcznie na armeńskim druczku (przyczyna wjazdu: 'emigracja'). Dalej trzeba było czekać na wizy. Najgorsze było właśnie to bezczynne czekanie, kiedy nie wiedzieliśmy kiedy będziemy gotowi do drogi. Za 5 minut? 10? Godzinę? Nikt nie był w stanie tego powiedzieć. Wypisanie przeszło 200 wiz, do tego z wszystkimi nazwiskami w łacińskim alfabecie, zajęło armeńskim pogranicznikom grubo ponad 5 godzin.

Uff. W końcu Armenia. Żółty konwój rusza dalej. Oczywiście gruzińscy kierowcy nie byli by sobą, gdyby dla zasady się trochę nie powyprzedzali. Nic, że wszyscy jadą razem w konwoju i że wszyscy jadą w to samo miejsce. Wyprzedzić się trzeba! Nawet jeśli jedziemy wąską serpentyną pod górę. Jeden kierowca tak zaczął gazować, że aż mu się zagotowała woda w chłodnicy, przez co cały konwój musiał na chwilę stanąć.Pechowy autobus spada więc na ostatnie miejsce. Nasz kierowca kwituje to słowami "Nada smatrit na tiermomieter", po czym sam zaczyna wyprzedzanie i wspina się o parę pozycji wyżej w 'wyścigu'.

Armenia z okna autobusu wygląda dość dziko. Góry, skały, polany, gdzieniegdzie jakieś zapomniane przez czas wioski. W oddali ledwo widoczne jezioro Sewan. Drogi natomiast są bardzo dobre. Do Erywania docieramy niestety już późno w nocy. Nie za bardzo więc mamy okazję zobaczyć jak wygląda to miasto. Kierujemy się pod budynek Ambasady RP. Tam następuje chwilowy postój i rozdzielenie ludzi, kto ma gdzie jechać. Na lotnisko może jechać pierwsza grupa 90-ciu paru osób, tyle bowiem zabiera samolot. Reszta ludzi ma udać się do hotelu, skąd rano zostaną zabrani na drugi samolot (hotel oraz wyżywienie finansowane oczywiście ze środków rządowych). Ponieważ na granicy armeńskiej zgłosiliśmy chęć lecenia pierwszym samolotem, ładujemy się do jednego z trzech autobusów (słyszeliśmy później, że pierwszym samolotem mieli jechać jedynie inwalidzi, starcy, kobiety w ciąży i dzieci, a reszta ludzi w drugiej i trzeciej kolejności).

Po chwili przybywamy na lotnisko. Jest godzina 2-ga.a może 3-cia. Nikt nie wie o której będzie nasz lot. Rozniosła się plotka że miał być o 3-ciej, ale teraz odleci dopiero po 7-mej. Rzucamy więc beztrosko bagaże na środku terminala, siadamy na podłodze i czekamy na jakieś wieści. Międzyczasie kręcą się kolejni reporterzy, z mikrofonami, kamerami, robią z ukrycia zdjęcia świecąc lampami błyskowymi po oczach.

Nasz konsul, nazwany przez nas panem Adamczykiem (ze względu na podobieństwo do polskiego aktora), "lata" po lotnisku tu i tam, haruje jak wół, dwoi się i troi usiłując załatwić sprawy związane z wylotem. Po jakimś czasie już wszystko wiemy. Niedługo wylatujemy.

Zaczyna się wiec dość żmudna i mozolna procedura lotniskowa - zdanie bagażu, check-in, kontrola paszportowa, kontrola bagażu osobistego, badanie wykrywaczem metali, jeszcze jedna kontrola. Wszędzie trzeba odstać swoje w kolejce i cała odprawa zajmuje grubo ponad godzinę.

Jednak na płycie czeka już na nas samolot - rządowy Tupolew, model TU-154M, z napisem Rzeczpospolita Polska na kadłubie oraz czerwono-białą szachownicą. Po niedługim czasie zasiadamy na miejscach. Jest trochę, ciasno, mało miejsca na nogi, ale nikt nie narzeka. Słychać, jak piloci rozgrzewają ogromne odrzutowe silniki. Stewardesa przez mikrofon prosi pasażerów o zapięcie pasów. Niedługo start.

Kołujemy na właściwy pas i po chwili potężna siła wgniata nas w fotel. Nabieramy prędkości i odrywamy się kołami od ziemi. Za oknami, daleko na horyzoncie, widać już wschód słońca. W Polsce będziemy za około 4 godziny.

Tak kończy się nasza podróż Gruzji - Sakartwelo. Byliśmy na miejscu trzy tygodnie, a liznęliśmy tylko ułamek tego, co ten kraj ma do zaoferowania. I choć nasze plany po części przekreślił zbrojny konflikt, jesteśmy bardzo zadowoleni z wyprawy. Na pewno tam jeszcze wrócimy!

Wszelkie prawa zastrzeżone © Copyright by kaukaz.pl