zdjęcia i fotografie góry Kaukaz, Gruzja, Armenia, Azerbejdżan, turystyka, podróże, wyprawy, gospodarka, bezpieczeństwo, zabytki, zwiedzanie, trekking, Morze Czarne, wybrzeże, Tbilisi, Batumi, Mccheta, Kazbek, Kazbegi, Wardzia
Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja
strona główna strzalka relacje strzalka Kaukaz nasze marzenie

Kaukaz nasze marzenie - Autor: Artur Tusiński, Zdjęcia: Katarzyna Tusińska

konkurs na najlepszą relację z podróży na Kaukaz 2010

wyprawa lipiec-sierpień 2010 Polska - Gruzja

część 1

Na pomysł wyjazdu do Gruzji wpadliśmy pod koniec jesieni 2009 r. Sama idea wyjazdu w tamte strony chodziła nam po głowie już od jakiegoś czasu. Podróż na Kaukaz, do krainy którą miał dla siebie zatrzymać Bóg po stworzeniu świata, wydawałaby się prosta, gdyby nie to ze plan przejazdu 10.000 km zamierzaliśmy pokonać własnymi samochodami z całymi rodzinami wraz z dziećmi. Najistotniejszym problemem w kompletowaniu ekipy były ramy czasowe, nie każdy przecież może wziąć urlop na prawie miesiąc. Ważne było że w końcu zebraliśmy cztery zaprzyjaźnione rodziny z samochodami nadającymi się do tak dalekiej wyprawy. W sumie wybraliśmy się w 17 osób, ( w tym 7 dziecio - młodzieży, najmłodszy uczestnik miał 7 lat ) czterema samochodami. Po wstępnym uzgodnieniu terminów i priorytetów podróży, rozpoczęliśmy pracę nad opracowaniem trasy. Głównym założeniem wyprawy była turystyka poza asfaltem, wtedy jednak nie wiedzieliśmy nic o gruzińskich drogach, bo zobaczyć na własne oczy to nie to samo co przeczytać. Tutaj strzałem w dziesiątkę okazało się zarejestrowanie na gruzińskim forum www.off-road.ge. Gruzińscy forumowicze udzielili nam wielu porad i wskazówek, nie we wszystkie jednak wierzyliśmy. Napisanie komuś kto zaliczył trochę imprez przeprawowych, że czegoś się nie da przejechać wydawało się mocno naciągane. Innym źródłem informacji był między innymi portal www.kaukaz.pl. Przygotowani w przewodniki, mapy, sprzęt i napisany przez nas program, byliśmy gotowi do startu 28 lipca 2010 r. Podróż zaplanowana była przez Słowację, Węgry, Serbię, Bułgarię i Turcję, z trzydniowym pobytem w Istambule. Na turecko-gruzińskiej granicy stanęliśmy 3 sierpnia wieczorem z pustymi bakami. Jak do tej pory wszystko przebiegało zgodnie z planem za wyjątkiem "wysypania" się hamulców w patrolu kolegi Krzysztofa oraz małego 7 calowego gwoździa na tureckiej autostradzie.


autorzy z dziecmi

3 sierpnia

Przekroczenie tej granicy przypomniało nam o dawnych czasach, kiedy 20 lat temu stało się w ścisku polsko - ukraińskiej granicy. Tutaj Schengen to miłe wspomnienie. Od razu dostaliśmy propozycję "szybkiego" przejazdu bez kolejki za jedyne 10 euro od osoby. My jednak chcieliśmy poczuć sól tego kraju. Po ponad 4 godzinach walki kto pierwszy - całe szczęście, że tylko tiry i autobusy były większe od naszych wyprawowych maszyn. Strach przed wgnieceniem i porysowaniem samochodu nas nie dotyczył. Ropy potrzebowaliśmy jak ryba wody ( prawie 7 złotych w Turcji i około 3zł w Gruzji - warto było ryzykować jazdę na oparach). Do Batumi dotarliśmy nocą, widok rozświetlonego i tętniącego życiem miasta wynagrodził nam trudy ostatnich godzin. Taksówkarze pod kasynem od razu zaproponowali nam pomoc w znalezieniu noclegu, jednak po ponad godzinnym objeździe kwater, postanowiliśmy znaleźć jakieś spokojne miejsce na plaży. Był to strzał w dziesiątkę. Mały placyk z palmami, szum morza czarnego, tuż przy plaży, obok pozostałości ogrodu botanicznego, który rano mogliśmy wszyscy podziwiać. W oddali piękna nocna panorama miasta. Szczęśliwi i zmęczeni, położyliśmy się spać pod gołym niebem obok samochodów. Obudziło nas wrażenie trzęsienia ziemi. Pięć metrów od nas przejeżdżał towarowy pociąg. Mimo tego postanowiliśmy doczekać rana.


Batumi

4 sierpnia - Batumi, Kutaisi, Gori, Tbilisi.

Po porannej kąpieli w morzu - temperatura powietrza 40 stopni, zebraliśmy się dość szybko do drogi, bo mieliśmy do przejechania najdłuższy odcinek w naszej marszrucie - około 400 km. Rano okazało się, że miasto, poza deptakiem, wygląda dobrze tylko w pełnej iluminacji. Po wymianie pieniędzy, zakupach i krótkim spacerze ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w kierunku Poti. Brak asfaltu, świateł, kierunkowskazów i lusterek u tutejszych użytkowników ruchu drogowego dobrze nie nastrajał. Po tym jak za oknami krajobraz zaczął zmieniać się z tropikalnego w suchy stepowy, minęliśmy wiele opuszczonych wiosek. Był to bardzo przygnębiający widok, jeden z najbardziej przykrych jakie spotkaliśmy w Gruzji. Do Kutaisi dotarliśmy dużo później niż planowaliśmy. Zwiedziliśmy katedrę Bagrati, która robi ogromne wrażenie swoją monumentalnością, na bazarze zaopatrzyliśmy się w gruzińskie specjały i ruszyliśmy obejrzeć monastyr Gelati oraz wapienną jaskinię Sataplia. Jaskinie okazały się zamknięte z powodu remontu, co obwiesił nam robotnik dopiero przy samym wejściu. Czas poświęciliśmy na zjedzenie szybkiego piknikowego obiadu, któremu towarzyszyły krowy. Zaplanowane tego dnia Gori sobie darowaliśmy, ze względu na późną porę, a zależało nam żeby do Tbilisi dojechać przed północą. Mimo, że to chyba najlepszy kawałek drogi w całej Gruzji, to wspominamy ją do dzisiaj z trwogą. Jazda beż świateł, na czwartego czy pod prąd to standard. Po drodze rzuciliśmy okiem jeszcze na miasto skalne- Uplisciche. Dwa noclegi zaplanowane u Iriny Djaparidze okazały się bardzo dobrym wyborem. Doborowe międzynarodowe towarzystwo, a co najważniejsze ciepły prysznic i czysta pościel. Łóżko okazało się zbawienne, bo nasza córka Małgosia właśnie dostała wielkiej gorączki i następnego dnia pozostała w domu. Nie było to dla niej wielkim problemem, nawet się ucieszyła, że nie będzie musiała z nami ganiać jak do tej pory. My żałowaliśmy, ze nie zobaczy z nami Mcchety, którą zaplanowaliśmy na następny dzień, ona ani trochę.


uliczka w Tblisi

5 sierpnia -Mccheta -Tbilisi

Mimo, że tego dnia strasznie się grzebaliśmy rano, to udaje nam się objechać kilka atrakcyjnych miejsc: katedrę Sveti Cchoweli - najważniejszy zabytek gruzińskiej kultury, monastyr Dżwari, Samtawro, Bebriscyche i zespół klasztorów Sziomgwime. To ostatnie miejsce jest dość słabo opisane w przewodnikach, a warte obejrzenia. Po kilkunastu kilometrach jazdy po krętej szutrowej drodze, dojechaliśmy do celu. Oczom ukazał nam się duży masyw skalny otaczający z trzech stron siedzibę mnichów. Mieszka ich tam obecnie około trzydziestu. Mieliśmy okazję porozmawiać z jednym z nich o historii miejsca. Dowiedzieliśmy się, że jeszcze dwieście lat wcześniej wielu z nich korzystało z jam wyżłobionych na ścianie masywu. Po sznurowanych drabinkach udawali się tam na kontemplację lub chronili się przed intruzami. Trafiła nam się możliwość przyjrzeć się pracy kamieniarzy, rzeźbiących w środku kościoła figury świętych. Za to na szczycie wzgórza, gdzie znajduje się monastyr Dżwari spotkaliśmy świeżo zaślubioną młodą parę w regionalnych strojach.


zamek w Tblisi

Po powrocie do Tbilisi udaliśmy się na kolację do polecanej przez Irinę restauracji, tylko ze specjałami z gruzińskiej kuchni. Tak jak powiedziała tak było, nawet kelnerzy mówili tylko po gruzińsku, a w karcie identyfikowaliśmy jedynie ceny, wszystko napisane było robaczkami. Po kilkudziesięciu minutach walki z barierą językową, i wypróbowaniem wszelkich możliwych sposobów porozumienia się z kelnerem, łącznie z językiem migowym i odgłosami "paszczą" udającymi odgłosy zwierząt, pojawiła się młoda niezadowolona kelnerka mówiąca po angielsku. Przy podawaniu kolejnego dania, ponagliła nas, bo jak się okazało, została wyciągnięta z pobliskiego banku, aby pomóc się z nami porozumieć. Po wspaniałej i długiej uczcie ruszyliśmy w obchód po Tbilisi. Już się pogodziliśmy, że zwiedzanie miast zaczynamy wieczorem. Aleją Rustaweliego dotarliśmy do pomnika Matki Gruzji, skąd rozciągała się piękna nocna panorama miasta z repliką Białego Domu po drugiej stronie rzeki. Po drodze musieliśmy uważać na otwarte studzienki kanalizacyjne i duże dziury w chodnikach. Zaułki Tbilisi na tyle nam się podobały, że nazajutrz o piątej rano wybraliśmy się na dodatkową sesję fotograficzną we dwójkę z żoną. Reszta wolała się wyspać.


codzienny widok na ulicach, w patroli kolega Krzysztof

6 sierpnia - Gruzińska Droga Wojenna

W czasie planowania wyprawy był to obowiązkowy punkt programu, wszędzie napotykaliśmy zachęcające relacje. Przyzwyczajeni do jazdy nawierzchniami nieutwardzonymi i raczej wyboistymi, asfalt na prawie całej drodze nas rozczarował. Owszem twierdza Ananuri i turkusowe wody zbiornika Zhinvali miały swój urok. Na jednym z mostów, mieliśmy przymusowy postój, bo dwa byki ustalały na środku drogi przywództwo. Tak poza tym wszędobylskie krowy na ogół schodziły. Najwięcej radości sprawiły nam stragany z gruzińskimi kapeluszami i sokiem owocowym serwowanym w formie cienkiego suchego naleśnika. A nasz kolega Benek, nie wiedzieć czemu on, ale może ma najwięcej uroku, jak zwykle został obdarowany buteleczką czaczy. Dopiero poczta w Sepantsmindzie rzuciła nas na kolana. Starsza pani zaserwowała nam kartki pocztowe produkcji CCCP z 1976 roku - i takie wysłaliśmy do bliskich. Wszystkie dotarły do adresatów.


Tsminda Sameba

Trochę więcej frajdy sprawił nam dojazd do kościoła Sameba. Po drodze, w wiosce Gergeti chyba budowali kanalizację, ani wykopy, ani studzienki nie były zabezpieczone. Widok z połonin wzgórza Tziminala wynagrodził nasze niezadowolenie z jazdy po asfalcie. Komfort jazdy naszym Defenderem jest jednak najwyższy na nieutwardzonym szlaku. Cudowna pogoda, która nam sprzyjała, pozwoliła obejrzeć górę Kazbek w pełnej krasie, bez chmur i mgły. Wydawało nam się, że już nic piękniejszego nie będzie dane nam zobaczyć. Dzieci zachwycone robiły na potęgę zdjęcia. Nie mogliśmy nasycić się widokiem, mimo, że spotkaliśmy w tym miejscu największą ilość turystów, czwórkę Francuzów oprowadzanych przez Gruzinów i parę Polaków w swoim Tarpanie Honkerze.


Ekipa na tle Kazbegu

Uroku dodawali jeźdźcy na koniach oferujących trekking pod lodowiec. Po upojeniu się widokiem byliśmy zmuszeni ruszyć dalej. Po drodze kilka fotek zrobiliśmy przy gruzińskim "pamukale", wcale nie gorszym od tureckiego, tylko bardziej kolorowym. Zakładając, że jedziemy jak najdalej, szukaliśmy noclegu. Dopiero za miejscowością Zhebota znaleźliśmy odpowiednią łąkę na rozbicie naszego obozu. A przypominam, że to cztery duże samochody i osiem namiotów. Najmłodszy z naszej załogi miał za zadanie wyszukać wszystkie krowie niespodzianki. Noc była piękna, bardzo gwiaździste niebo, żadnej elektryczności i czacza. Ech, to jest życie.


droga do Tusheti

7 sierpnia Omalo -Tuszetia

Ach te krowy. O piątej rano stado krów próbowało stratować nasze namioty, poza kilkoma pourywanymi naciągami, nikomu nic się nie stało, ale strachu się najedliśmy co nie miara. W dodatku Gruzin, pędzący to stado strasznie krzyczał, wydawało nam się, że nas, ale na szczęście chodziło mu chyba o te krowy. Dobrze się stało, że pobudka była tak wcześnie bo przed nami był najcięższy dzień -wyprawa do Tuszetii. Droga do Akchmety była.., właściwie jej nie było. Pobliska rzeka dawno ją zabrała. To sprowokowało nas do zjechania do rzeki i kąpieli w górskim potoku. Radość dzieci, mimo temperatury wody nie miała granic. Przed wjazdem w góry musieliśmy się jeszcze zatankować i uzupełnić kanistry, to zmusiło nas do wjechania do Telavi w poszukiwaniu stacji. Po zatankowaniu naszego land rovera i jeepa, dystrybutor odmówił posłuszeństwa. Dwa patrole zostały na przysłowiowym lodzie. Okazało się, że nie ma sytuacji bez wyjścia, panowie po rozebraniu dystrybutora, cały czas paląc papierosy ręcznie przepompowali paliwo. W międzyczasie my rozmawialiśmy z lekarką, która miała obok gabinet. Nie mogła wyjść z podziwu, że kobieta prowadzi samochód. Ach, ta gruzińska troska. Wyjeżdżając z miasteczka, mieliśmy okazję poznać przyjazne nastawienie policji. Niestety, jak to w Gruzji na skrzyżowaniach nie wiadomo o co chodzi, a na rondzie jest jeszcze gorzej, uznaliśmy, że kto pierwszy ten lepszy i to był nasz błąd. Nie dość, że byliśmy podporządkowani, to jeszcze pojechaliśmy pod prąd. Tak nas poprowadził GPS. Kolumna czterech samochodów nie mogła zostać nie zauważona, krótka syrena i już nas mieli. Chyba to, że prowadziła samochód moja żona, uratowało nas od zapłacenia mandatu. Mało tego, udało jej się wynegocjować pilotowanie nas przez patrol do rogatek miasta. Podziękowaliśmy naszymi specjalnie zrobionymi na ten wyjazd koszulkami. Policjanci byli szczęśliwi, my też. Dodatkowo zaopatrzeni w arbuzy i melony ruszyliśmy w góry. Z Pshaveli do Omalo, czyli jednej z wielu tuszeckich wiosek zamieszkiwanych tylko w okresie letnim( na jesieni mieszkańcy spędzają bydło i owce do miejscowości położonych znacznie niżej) jest tylko 50 km wg mojego garniaka. Z relacji, które przeczytałem, wiedziałem, że nie ma asfaltu, barierek, oznakowania itp. Itd.


panorama Omalo

Droga do Omalo przejezdna jest tylko w okresie od końca maja do końca września ze względu na zalegający tam śnieg. Warunkiem jest oczywiście dobra pogoda. Ale prawie wszyscy jeździliśmy w górskim terenie, zjechaliśmy Karpaty w Rumunii i na Ukrainie. Cała droga miała nam zająć 4-6 godzin z przerwami na zdjęcia i podziwianie widoków. Pogoda była piękna, ani jednej chmury, przyzwoite 34 stopnie na termometrach. Początek jest piknikowy, zwykła górska droga przyklejona do zbocza ciągnąca się wzdłuż rzeki Lechuri. Co kilkaset metrów, nad rzeką biesiadujące gruzińskie rodziny. Ale tak trochę bardziej licznie po 3-6 samochodów. Jednym słowem sielanka. Czym mniej piknikujących, tym droga ma większy spadek, jest bardziej kręta i wydaje nam się, że jest coraz węższa. Po kilku kilometrach, wiemy, zdajemy sobie sprawę, ze te 50 kilometrów można jechać ponad 4 godziny. W pewnym momencie dojeżdżamy do miejsca gdzie skały wiszą nad drogą, z daleka wygląda to tak, że, aby przejechać musielibyśmy zdjąć bagażnik dachowy, ale to tylko nasza wyobraźnia. Jednak kilka osób się buntuje - chcą iść pieszo. Negocjacje przerywa łada niwa mijająca nas pod górę, skoro ktoś jedzie w górę to znaczy ze droga gdzieś prowadzi. Mijamy kolejne zakręty, rzeka płynie coraz niżej, robi się ciaśniej. Po jednym z zakrętów o 180 stopni, gdzie długie nissany łamały się na trzy, włączamy w samochodach reduktory. W pewnym momencie z góry nadjeżdża duży kamaz z napędem na trzy osie. Przez radio cb zaczynamy się żegnać, bo jak tutaj się wyminąć, ale gruziński kierowca widząc innostrańców z daleka macha, abyśmy to my przytulili się do skały, a on minie nas po zewnętrznej. Co jakiś czas na drodze jest coś w rodzaju bardziej rozepchniętej jezdni - takie mijanki. Jednak kamaz jest duży i jest moment w którym najbardziej zewnętrzne koło każdej osi wystaje poza drogę. Na pokładzie słyszę pierwsze zarzuty, ze zaplanowałem to wszystko specjalnie chcąc pozbyć się rodziny. Faktycznie przychodzi mi na myśl, że trzeba było jechać bez dzieci, bo to duża nieodpowiedzialność. Pierwszy postój robimy po około 2 godzinach wspinania się przed serią ostrych zakrętów pod górę, jednak pretekstem do zatrzymania jest całkiem świeżo spalony wrak samochodu leżący na dachu, który spadł z góry. Każdy te chwile poza samochodem wykorzystuje inaczej. Zaczynamy zwracać uwagę na krzyże stojące na poboczach lub wiszące na skałach co kilkadziesiąt metrów. Jedni prostują nogi, drudzy ze zdziwieniem oglądają swoje dłonie z odciskami od ściskania kierownicy, inni skupiają się na religii. Zanim wyjedziemy ponad linię lasu przejeżdżamy pod wodospadem, przez lejące się przez drogę strumienie. Wygląd gór powoli się zmienia, nie ma tutaj nic z naszych Tatr, Kaukaz przypomina tutaj napompowane połoniny bieszczadzkie. Jest cudownie. A przynajmniej ja tak uważam, reszty boje się pytać, w końcu byłem pomysłodawcą tej wyprawy. Zatrzymujemy się przy lawiniskach z jeszcze nie stopionym śniegiem, wszędzie są kwiaty, osty, kolorowe rośliny, mam wrażenie że te góry są bardzo żywe. Wodospadów jest bez liku. Po ponad 5 godzinach stresującej jazdy docieramy do przełęczy Albano 2926 m n.p.m.., jest zimno -15 stopni i wieje. Pokonaliśmy ponad 30 kilometrów i około 2400 m różnicy wysokości w pionie. A za przełęczą - widać że to nie koniec, pytania czy daleko jeszcze ?-będę już słyszał przez cb dość często. Na szczęście u nas jest dwoje kierowców i można dać wytchnienie zdrętwiałym rękom i nogom. Serpentyna drogi ciągnie się między górami, aż po horyzont - są chmury, pogoda niebezpiecznie się zmienia. Dotychczasowy odcinek drogi, to nierówna zawalona kamieniami różnej wielkości pochyła 2-3 metrowej szerokości półka wycięta w zboczu lub wykuta w skale. Z jednej strony sypią się kamienie i leje woda, a z drugiej piękny widok i do 1000 metrów przepaści w dół. Wiemy już dlaczego Tushetia nie jest opisana w przewodnikach, nikt o zdrowych zmysłach tutaj nie przyjeżdża. Spotkany pasterz na pytanie czy daleko jeszcze, odpowiada ze co najmniej dwie godziny. Na piechotę? -pada drugie pytanie, nie maszynom - wszyscy się trochę załamują. Sytuacja robi się nerwowa. Po kilkunastu minutach zjeżdżam z drogi na duży płat śniegu. Jest ogromny, są śnieżki, bałwan, słońce i ogromna radość wszystkich, szczególnie dzieci. Dalsza droga to ponad dwu godzinna jazda wzdłuż rzeki, po mocno kamienistej drodze. Napotkani wojskowi przestrzegają nas przed jazdą dalej w góry ze względu na załamanie się pogody i intensywny deszcz. Na domiar złego zaczyna szarzeć i zaczynam wątpić czy trafimy. GPS dawno zgłupiał, a mapy są dość słabe. Po zjechaniu na 1600 m n.p.m napotykamy pierwszą Tuszecką wieś Khiso. Prawie byliśmy na miejscu, ale jak wiadomo prawie robi różnicę. Zanim wyjechaliśmy na płaskowyż dookoła Omalo, czekała nas jeszcze bita godzina mozolnego wspinania się serpentynami po rozmokniętej i śliskiej drodze. Skupieni, w ciszy i z różańcem w ręku osiągamy założony cel. Panorama wielkiego Kaukazu wynagradza nam cały trud, tak jak podziw miejscowych, że dojechaliśmy tutaj bez lokalnego przewodnika. Na nocleg wybieramy łagodny pagórek z lasem, za którym stoi zaparkowany ratowniczy Mi-8.No tak, i co z tego, jak nasze telefony nie działały. Po rozbiciu obozowiska i rozpaleniu ogniska, wspomnieniom przy czaczy nie było końca. Nikt nie zastanawiał się nad droga powrotną. Byliśmy z siebie dumni. Mimo zimna, czapek i rękawiczek, bo temperatura spadła poniżej 5 stopni, była to jedna z najpiękniejszych nocy w Gruzji.


tak wygladala droga do Tushetii


po zabawie w sniegu na wysokości 2700 mnpm


nasz Land Rover na szlaku


za przełęczą


w tle wjazd na Albano pass 2926 mnpm

Wszelkie prawa zastrzeżone © Copyright by kaukaz.pl