zdjęcia i fotografie góry Kaukaz, Gruzja, Armenia, Azerbejdżan, turystyka, podróże, wyprawy, gospodarka, bezpieczeństwo, zabytki, zwiedzanie, trekking, Morze Czarne, wybrzeże, Tbilisi, Batumi, Mccheta, Kazbek, Kazbegi, Wardzia
Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja
strona główna strzalka relacje strzalka W cieniu Araratu.... strzalkaWASIL I UCIECZKA PRZED POLICJĄ - WITAMY W ARMENII.

W cieniu Araratu - przez Gruzję, Armenię i Turcję - WASIL I UCIECZKA PRZED POLICJĄ - WITAMY W ARMENII.

patronat medialny Gruzja Kaukaz

Następnego ranka obieramy kierunek na Armenię. Po wykupieniu obowiązkowego ubezpieczenia motocykla na granicy, ruszamy przed siebie. Kilkanaście kilometrów później docieramy do kanionu rzeki Debed. Ze względu na bardziej wilgotny klimat, występuje tu inna niż na południu Gruzji roślinność. Od pierwszego momentu w oczy rzucają się nam liczniejsze tereny zielone. Jadąc kanionem, docieramy do Monastyru Haghpat, który znajduje się na wzgórzu kilka kilometrów od drogi głównej. Następnie pniemy się w górę w kierunku Jeziora Sewan. Z każdym kilometrem robi się coraz chłodniej, więc zatrzymujemy się na poboczu, aby wpiąć podpinki do naszych kurtek. Ku naszemu zaskoczeniu zaraz obok nas zatrzymują się dwa TIRy. Z jednego z nich wysiada mężczyzna w średnim wieku i po rosyjsku pyta co u nas słychać i dokąd jedziemy. Gdy dowiaduje się, że próbujemy dojechać do jeziora Sewan, nie zastanawiając się mówi, żeby jechać za nim, ponieważ udaje się w tym samym kierunku i chętnie pokaże nam drogę. Gdy dojeżdżamy do Wanadzoru, zaczynamy doceniać zaoferowaną pomoc, gdyż w mieście nie ma praktycznie żadnych drogowskazów. Kiedy tylko z niego wyjeżdżamy, kierowca macha do nas ręką, żeby go wyprzedzić i jechać swoim tempem. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze kilkakrotnie i za każdym razem dołączają do nas weseli i uśmiechnięci kierowcy. Podczas jednego z postojów, mówimy im, że chcemy zwiedzić Górski Karabach. Po krótkiej rozmowie jeden z nich o imieniu Wasil podaje nam swój adres w Erywaniu, numer telefonu i dodaje, aby koniecznie do niego przyjechać, to zabierze nas wieczorem na imprezę. Opowiada nam, że wozi koniak do Moskwy i akurat wraca do domu, gdzie będzie odpoczywał około dwóch tygodni. Po raz kolejny zaskakuje nas gościnność i otwartość ludzi w tych rejonach. Rozmawiamy jeszcze chwilę i ruszamy dalej w kierunku Jeziora Sewan. Powoli robi się późno i pochmurnie, a temperatura spada coraz niżej. Droga do jeziora jest kręta i górzysta. W pewnym momencie dostrzegamy wodę i wyglądające zza chmur słońce. Jezioro wygląda niesamowicie zwłaszcza, że jakieś 4 metry nad taflą wody znajdowały się chmury. Zatrzymujemy się, żeby zrobić zdjęcia i patrzymy na mapę. Jak łatwo można się domyśleć, nie mija 5 minut i tuż za nami zatrzymuje się Wasil. Ostrzega, że tam, dokąd chcemy jechać będzie zimno i namawia nas, abyśmy zatrzymali się u niego w Erywaniu, a do Górskiego Karabachu możemy pojechać później. Po chwili namysłu wsiadamy na motor i jedziemy za nim. Im jesteśmy bliżej stolicy, tym krajobraz i klimat coraz bardziej się zmienia. Robi się cieplnej i bardziej pustynnie. Pokazuję Wasilowi, że musimy zatankować. Dojeżdżamy do stacji benzynowej i gdy próbuję zapłacić, Wasil wyciąga swoje pieniądze i mówi, że jesteśmy jego gośćmi i nie będziemy za nic płacić. Jak się później okazało. nie żartował.

Gdy wjeżdżamy do Erywania, zapada już zmrok. Odstawiamy TIR'a i jedziemy do jego domu. Poznajemy większą część rodziny oraz znajomych i zasiadamy do stołu. Próbujemy lokalnych potraw takich jak Lawasz (ormiański chleb w formie placków z mąki pszennej, który wypiekany jest w ciekawy sposób, a mianowicie rozwałkowane placki ciasta przykleja się do ścian pieca) oraz Dolma (warzywa z mięsem zawijane w liście winogron, kształtem przypominające nasze gołąbki). Na stole nie może oczywiście zabraknąć słynnego koniaku rodem z Armenii. Zostawiamy motor u Wasila w garażu i późnym wieczorem, wraz z jego bratem, jedziemy do pobliskiego hotelu. Wypijamy jeszcze piwo, jemy raki, po czym kładziemy się spać.

Rano podjeżdża po nas swoim samochodem i zabiera do siebie. Samochód Wasila i jazda z nim po Erywaniu to osobna historia. Przyciemniane szyby, subwoofer na pół bagażnika, głośna muzyka i wszechobecne trąbienie, a także pozdrawianie wszystkich, to coś co zostanie na długo w naszych pamięciach. Co chwilę odnosimy wrażenie jakby znał każdego w mieście. Tego dnia zwiedzamy starożytne miasto - twierdzę Erebuni, które znajduje się na terenie Erywania, po czym jedziemy autobusem do centrum. To co nas zaskoczyło, to sposób płacenia za przejazd. Tam nie istnieje coś takiego jak bilet. Po prostu wrzuca się pieniążka do pudełka, które znajduje się przy kierowcy. Po paru godzinach zwiedzania centrum, wracamy do domu Wasila, gdzie czekają już na nas ogromne szaszłyki (zupełnie nie przypominają tych robionych w Polsce - tam po prostu nabija się wielkie kawałki mięsa lub serca na coś przypominającego miecze, po czym piecze się je na grillu), pełno sałatek, owoców i innych pysznych rzeczy. Wieczorem znów śpimy w hotelu (tym razem innym) i następnego ranka opuszczamy stolicę.

Wraz z Wasilem i jego bratem jedziemy do Monastyru Chor Wirap, który znany jest ze względu na swoje położenie. Usytuowany jest on blisko granicy z Turcją, a tuż za nim doskonale widać świętą górę Ormian, czyli Ararat, która znajduje się na terytorium Turcji. Robimy sobie ostatnie zdjęcia z Wasilem oraz jego bratem i ruszamy dalej w kierunku Górskiego Karabachu. Dojeżdżamy do Monastyru Norawank. Droga do niego wiedzie małym kanionem, a góry mają czerwone zabarwienie. To wszystko sprawia, że jest to najładniej położony monastyr, jaki zwiedzaliśmy w Armenii. Podczas niewielkiego postoju zaczynamy przeliczać pozostałe do końca wyprawy dni. Niestety zmuszeni jesteśmy zrezygnować z Górskiego Karabachu i wracamy w kierunku Gruzji.

Następnego dnia dojeżdżamy do Giumri - miasta na północnym zachodzie Armenii. Dziury są tu na tyle duże, że nie obeszło się bez jazdy slalomem. Chwilę później widzę w lusterku radiowóz z migającymi światłami. Stajemy na poboczu i czekamy na policjanta. Pyta się nas dlaczego jedziemy w ten sposób. Tłumaczę mu, że inaczej się nie da, bo uszkodzę motocykl. Powód zatrzymania był z góry przez nas znany, gdyż nie od dziś wiadomo, że policjanci w Armenii to "wegetarianie". Za "stwarzanie zagrożenia na drodze" zostawiliśmy 30 listków amerykańskiej "kapusty" i pojechaliśmy dalej. Pech chciał, że taksówkarz w mieście wskazał nam złą drogę i ponownie musieliśmy przejechać przez Giumri. Tak jak poprzednio omijaliśmy dziury, gdy nagle usłyszałem klakson i kątem oka zauważyłem mijający nas z naprzeciwka radiowóz. Szybkie spojrzenie w lusterko i od razu wiedziałem o co chodzi. Zapalone policyjne światła i włączony kierunkowskaz wskazywał na to, że będą zawracać. Drugi raz nie wyciągną od nas pieniędzy - pomyślałem. Nie zastanawiając się długo, odkręciłem manetkę i zaczęliśmy uciekać. Po chwili skręciliśmy w boczną uliczkę. Dziury i wyboje były niesamowite, ale nie mogliśmy zwolnić. Nie było już odwrotu. Trzeba było się gdzieś schować. Nagle zauważyłem bloki i postanowiłem skręcić tuż za nimi. Gdy chcieliśmy się zatrzymać, z tego całego zamieszania przewraca nam się motocykl. Monika szybko schodzi i pomaga mi go podnieść. W tym samym momencie widzimy jak policja na sygnale jedzie dalej główną drogą. Wygląda na to, że nam się udało. Czekamy tam jeszcze około 20 minut i postanawiamy ostrożnie wyjechać z naszej kryjówki. Jeszcze przez kilkanaście kilometrów jedziemy ostrożnie, rozglądając się na boki czy aby na pewno nigdzie na nas nie czekają. Na szczęście już ich więcej nie spotykamy.















Wszelkie prawa zastrzeżone © Copyright by kaukaz.pl