zdjęcia i fotografie góry Kaukaz, Gruzja, Armenia, Azerbejdżan, turystyka, podróże, wyprawy, gospodarka, bezpieczeństwo, zabytki, zwiedzanie, trekking, Morze Czarne, wybrzeże, Tbilisi, Batumi, Mccheta, Kazbek, Kazbegi, Wardzia
Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja
strona główna strzalka relacje strzalka Bakijski skwar

Bakijski skwar - Marcin Kogut

konkurs na najlepszą relację z podróży na Kaukaz 2010

Relacja z wyprawy do Azerbejdżanu w sierpniu 2010 roku

część 1

Stojąc rok temu, w sierpniu 2009 roku przy górnym kościele w Dawid Garedża, podziwialiśmy zieloną, lekko pofałdowaną równinę, sprawiającą niesamowite wrażenie. Równina ta była już po drugiej stronie gruzińsko - azerbejdżańskiej granicy. Już wtedy zrodził się pomysł aby w następnym roku zawitać do kolejnego zakaukaskiego kraju.


Stolica Azerbejdżanu widziana z Parku Narodowego

W nieznane

Minął rok i o to w sierpniu 2010 roku wsiadamy do pociągu relacji Tbilisi - Baku, zaopatrzeni w wizę (60 euro), oraz bilety na ów pociąg wystane w trzygodzinnej kolejce do kasy na dworcu w Tbilisi dzień wcześniej. Zajmujemy miejsca w znanych nam już bardzo dobrze kupiejnych, niemodernizowanych od czasów ZSRR, wagonach produkcji DDR. Ruszamy o czasie. Przed nami wielka niewiadoma - naczytaliśmy się w internecie o różnych problemach z azerskimi celnikami zwłaszcza, że mamy ormiańskie wizy w paszportach i to po dwie niektórzy. Po za tym jedziemy w ciemno - nie mamy zaklepanego żadnego noclegu a z tego co czytaliśmy w Baku nie ma zwyczaju łapania turystów przez miejscowych na dworcu - zbyt mało ich tam przyjeżdża. Pytam prowadnicy za ile będziemy na granicy, w odpowiedzi słyszę, że za czterdzieści pięć minut, co wywołuje u mnie lekkie zdziwienie, że tak szybko, ale faktycznie po trzech kwadransach pociąg wtacza się na graniczną stację. Do standartowych działań przystępuje gruzińska policja i celnicy. Wszystko bez najmniejszych problemów. W międzyczasie prowadnice rozdają nam druczki napisane wyłącznie w języku azerbejdżańskim, które trzeba wypełnić - są to deklaracje celne. Prosimy o pomoc młodszą z prowadnic, bez problemu wypełnia nam deklaracje, gdzie trzeba wpisać ile i jaką walutę przewozimy oraz czy nie mamy dzieł sztuki, karabinów, wyrzutni rakiet, narkotyków itd. Pociąg rusza ze stacji gruzińskiej i niezauważalnie przekracza granicę. Po ok. piętnastu minutach wtacza się na peron pierwszej stacji azerbejdżańskiej. Peron jest obstawiony przez żołnierzy wojsk pogranicznych a do środka wsiadają celnicy. Widząc, że jesteśmy po prostu turystami nie czepiają się niczego, mimo iż dokładnie przewertowali nam paszporty i ormiańskie wizy musieli widzieć. Innym pasażerom zaglądają do bagaży. Wraz z celnikami wsiada funkcjonariusz wyposażony w wykrywacz skażeń jaki pamiętam jeszcze z lekcji przysposobienia obronnego. Szukają bomby atomowej. Po celnikach czas na pograniczników. Do wagonu wsiada koleś z walizką, rozsiada się w jednym z przedziałów a jego kolega, po zebraniu wszystkich paszportów woła kolejno osoby. Wchodzi się do przedziału, walizka jest otwarta, w niej przenośny komputer i wystająca z niego kamera. Sprawdzenie danych, wbicie pieczątki i zrobienie zdjęcia. Wszystko bez najmniejszych problemów. Wreszcie pociąg rusza w dalszą drogę a pasażerowie już rozluźnieni bratają się po między sobą z użyciem płynów wyskokowych. My również oddajemy się spożyciu i odpływamy zmęczeni upałem i przeżyciami. Klimatyzowany przedział ułatwia sen, pod warunkiem że pociąg jedzie z odpowiednią prędkością bo inaczej klima nie działa i robi się momentalnie sauna. Rano, po otwarciu oczu widzę już zupełnie inny krajobraz - półpustynny teren najeżony szybami naftowymi i tzw. kiwokami pompującymi ropę. To znak że Baku już niedaleko.


Flaga Azerbejdżanu dumnie powiewająca
nad reprezentacyjnym nadmorskim bulwarem

W międzyczasie prowadnice pozbierały pościel oraz zutylizowały śmieci z wagonu - wyrzucając je na tory. To dość powszechna praktyka w dawnym ZSRR. Z lekkim dreszczykiem emocji oczekujemy tego niewiadomego - Baku. Pociąg wtacza się na peron. Żegnamy się z sympatyczną prowadnicą i jej starszym przeciwieństwem (house gestapo) i ruszamy przed dworzec. Wraz z poznanymi na peronie Polakami (ciężko było nie zagadać do siebie - tylko my i oni byliśmy plecakowcami), idziemy przed budynek dworca. Rozglądamy się nieco bezradnie - nasza jedyna nadzieja - słynnych i tani hotel znajdujący się na budynku dworca jest w remoncie. Podchodzi do nas starszy facet i zagaduje skąd jesteśmy itd. Mówimy mu, że szukamy taniego noclegu, bo choć w Baku jest mnóstwo hoteli to większość z nich jest cztero i pięcio gwiazdkowa. Mówi, że coś nam załatwi. Idziemy z nim na bulwar nad morze, tam rozsiadamy się na ławkach a dziadek wyjmuje telefon i dzwoni. Trwa to dość długo, gość wykonuje kolejne telefony. Nasi nowo poznani znajomi stwierdzają że to nie ma sensu i idą w swoją stronę, my czekamy dalej. Po chwili podjeżdża do nas radiowóz i policjanci pytają skąd jesteśmy. Nie legitymują nas, mówimy że szukamy noclegu i czy nie znają jakiegoś taniego, nawet gdzieś dzwonią ale w końcu cedują obowiązek znalezienia nam noclegu na naszego dziadka i odjeżdżają. Kobiety pracujące przy utrzymaniu zieleni na bulwarze też się nami interesują, akurat w cieniu drzew parzą herbatę, to widok jaki często będziemy oglądać w Azerbejdżanie. Dajemy im więc herbatę przywiezioną z Polski i robimy sobie zdjęcia. Po godzinie oczekiwania dziadek mówi że zaraz przyjedzie po nas samochód i pojedziemy na kwaterę. Faktycznie po kilkunastu minutach przy głównej ulicy parkuje biała furgonetka, do której się ładujemy i jedziemy na kwaterę. Auto kluczy ulicami, z szerokich alei zjeżdża dwukrotnie w wąskie boczne uliczki. Docieramy na kwaterę. Wydaje się być dość daleko od centrum. Typowy kaukaski dom z dużą metalową bramą, budynek główny po lewej od wejścia, piętrowy, a wokół podwórka kilka innych zabudowań gdzie także żyją pozostali członkowie rodziny. W obejściu jak się później dowiemy, żyją w sumie trzy rodziny, spokrewnione ze sobą. Do dyspozycji dostajemy jeden z tych mniejszych domów zlepionych w całość wokół podwórka. Są to dwa pokoje i kuchnia. Zupełnie nieumeblowane ale mamy obiecane, że wieczorem wniosą tam dywan i materace. Zostawiamy bagaże i aby nie tracić czasu jedziemy do centrum.


Park niedaleko starego miasta

Spacerkiem przez Baku

Odwozi nas ta sama furgonetka. Dostajemy na kartce dokładny adres kwatery, telefon do gospodarza i do naszego dziadka na wypadek gdybyśmy coś potrzebowali lub w razie jakichś kłopotów. Wymieniamy walutę i płacimy za nocleg - 10 manatów za osobę za dzień. Jest to około 40 złotych. Nie mało, ale Baku jest po prostu cholernie drogie. Z naszymi opiekunami rozstajemy się przy Bulwarze Nafciarzy i idziemy "w miasto". Upał jest nie do zniesienia! Na bulwarze raczej pustawo, zapełni się wieczorem gdy temperatura będzie znośniejsza. Postanawiamy odnaleźć informacje turystyczną, której adres podaje przewodnik LP. Po krótkich poszukiwaniach udaje nam się to. Pracownicy mówią po angielsku więc nie muszę wysilać mojego rosyjskiego, okazuje się także, że jeden z pracujących tam chłopaków mówi po. Polsku. Studiował w Poznaniu jak się okazuje. Zostajemy bogato obdarowani materiałami promocyjnymi dotyczącymi Baku i Azerbejdżanu. Snujemy się po bulwarze nafciarzy, rozgrzanym słońcem do niemożliwości.



Ojciec narodu - Hajdar Alijew patrzy na nas zewsząd

W całym mieście z wielu bilbordów patrzy na nas Hajdar Alijew - nieżyjący ojciec obecnego prezydenta, "ojciec narodu". Na każdym kroku policja - jak nie drogówka na skrzyżowaniach w niezłej klasy BMW to patrolówka fiatami dublo. Siadamy w dość pustej o tej porze knajpie na bulwarze i od razu na równe nogi podrywa się cała obsługa. Tak było za każdym razem gdy wchodziliśmy do jakiejkolwiek knajpy. Pokrzepieni kawą ruszamy dalej.



Iczeri-Szeher czyli miasto wewnętrzne - bakijskie stare miasto

Kierunek stare miasto czyli Iczeri-Szeher co znaczy Miasto Wewnętrzne. Pięknie odremontowane uliczki o orientalnym, perskim charakterze bardzo nam się podobają. Drobne zakupy na straganie z pamiątkami i mijając dwa karawanseraje będące obecnie restauracjami, kierujemy się do Wieży Dziewiczej.


Iczeri-Szeher widziane z Wieży Dziewiczej



Wieża Dziewicza - jeden z najbardziej
rozpoznawalnych zabytków Baku

Na temat jej powstania istnieje kilka legend. Po kupieniu biletów wspinamy się po schodach. Na górze przyjaźnie wita nas policjant z ochroniarzem, pytając skąd jesteśmy i gdy słyszą, że z Polski to od razu wymieniają nam imiona kolesi poznanych na dworcu - czyli już tu byli. Przestrzegają nas przed stawaniem na murze na szczycie wieży bo jest kamera i jak przełożony zobaczy to ich opieprzy. Widok z wieży jest wspaniały - choć nie wysoka (28 m), to rozciąga się z niej wspaniała panorama Baku.



Widok na Baku od strony zatoki

Pięknie prezentuje się bulwar nafciarzy, stare miasto z kilkoma meczetami oraz łaźnią turecką u stóp wieży, port handlowy, baza floty kaspijskiej i wiele innych rzeczy. Zagłębiamy się w uliczki. Właściwie wszystko jest wspaniale odremontowane. Widać pieniądze z ropy i gazu. Postanawiamy coś zjeść, wchodzimy więc do napotkanej knajpy. gruzińskiej. Zamawiamy szaszłyki, sałatkę i piwo. Wszystko bardzo dobre choć wielkość porcji nie powalała na kolana. Ruszamy dalej. Nadal krążymy po uliczkach starego miasta. Dochodzimy do budynku ozdobionego tabliczką po polsku i azerbejdżańsku: Rezydencja Ambasadora Rzeczypospolitej Polskiej. Robimy zdjęcia tabliczki i w tym momencie zza rogu wychodzi policjant. Pyta co fotografowaliśmy i każe nam pokazać. Wszystkie zdjęcia rezydencji i tabliczki muszą zostać wykasowane. Na pytanie dlaczego, pada odpowiedź: - nie lzia. Kasujemy zdjęcia bo utarczka mogła się skończyć konfiskatą aparatu, w każdym bądź razie w Azerbejdżanie nie wolno fotografować żadnych ambasad, obiektów państwowych, metra i wszystkiego co do czego istnieje cień podejrzeń że może być "obiektem strategicznym". Unikniecie kłopotów.

Zwiedzamy dalej mury obronne i dalsze zaułki starego miasta, dochodzimy do pałacu Szirwanszachów a następnie opuszczamy stare miasto bramą Szemachi, którą wychodzimy wprost na Plac Fontann oraz muzeum literatury. Snujemy się po pobliskich uliczkach często zahaczając o sklepy oby kupić kolejną drogą butelkę z zimną wodą (1 manat, 4 złote) - w tym upale nie można dopuścić do odwodnienia - dziś było ponad 40 stopni i tak będzie już do końca naszego pobytu w Azerbejdżanie. Coś jemy jeszcze w jakimś barze i postanawiamy jechać na kwaterę.



Zabytki często sąsiadują z futurystycznymi
formami architektonicznymi - tu wejście do stacji metra

Koło murów obronnych znajduje się szklana budowla - to stacja metra. Nie ma żetonów, jak w innych znanych nam już metrach, tylko kupuje się elektroniczną kartę i doładowuje ją impulsami w stojącym obok automacie. Bardzo wygodne. Poruszając się po Baku metrem należy pamiętać, że dwie jego stacje są podwójne - odjeżdżają z nich składy zarówno jednej jak i drugiej linii metra. Aby wsiąść do właściwego składu należy sprawdzić podczas wjazdu pociągu na stacje jaki kierunek jest wyświetlany na tablicy znajdującej się na peronie. Jeśli jest to kierunek interesujący nas wtedy możemy wsiadać. Zawsze można się także spytać współpasażerów. Kiedyś gdy nieco bezradnie szukaliśmy odpowiedniego peronu od razu zaczepił nas przechodzący mężczyzna pytając czego szukamy i zaprowadził nas na odpowiedni peron. Azerbejdżanie są bardzo ciekawi obcokrajowców, chętnie nawiązują rozmowę na ulicy czy w marsztutce a do Polaków są bardzo przyjaźnie nastawieni. Często gdy dowiadywali się skąd jesteśmy stwierdzali z pełną powagą, że jesteśmy przyjaciółmi a raz nawet usłyszałem: -my sojuszniki. Jedziemy więc naszym metrem do stacji Nariman Narimanow a tam przesiadamy się po dość długim oczekiwaniu na autobus wskazany nam przez gospodarzy. Upewniam się jeszcze u kierowcy czy jedziemy we właściwym kierunku. Wysiadamy i po krótkich poszukiwaniach odnajdujemy drogę na kwaterę. Otwieramy stalową furtkę a na podwórku siedzi cała familia i czeka na nas z suto zastawionym stołem. Wspaniałe bakłażany w różnych postaciach, sałatki i pyszny chleb a tu jeszcze rozpalają kaukaskiego grilla na szaszłyki. Do tego najzwyklejsza sklepowa wódka, przy której jednak niech się schowają wszystkie nasze. Nawiązują się rozmowy, siedzą z nami oczywiście tylko mężczyźni, kobiety siedzą z boku i donoszą tylko co jakiś czas kolejne potrawy. Okazuje się, że Azerbejdżanie również znają i produkują czacze oraz oczywiście wino. Nasi gospodarze to "dobrzy" muzułmanie - bo piją. Pierwszy raz wznoszono toast za nasze zdrowie słowami: -niech Allach da wam dużo zdrowia. Tutaj także wznosi się toasty jak w Gruzji, było więc za nas, za gospodarzy, za przyjaźń polsko-azerską itp. Tematy schodzą na politykę. Pytam czy jest szansa na trwały pokój z Ormianami o Karabach. Na to siedzący koło mnie jeden z członków rodu odpowiada, że nie i że oni chcą wojny tylko ich władze nie chcą i że jakby się Rosja nie wtrącała to w dwa dni zajęli by Erewań. Mówimy o Rosji. Nasi gospodarze mają bardzo negatywny do niej stosunek, mówią, że to bardzo agresywny kraj próbujący wszystkich sobie podporządkować i który bardzo miesza tu na Zakaukaziu i na całym świecie. Ze swej strony opowiadamy o wojnie w Gruzji w 2008 roku i o naszym pobycie tam w czasie jej trwania. Poruszają temat katastrofy smoleńskiej i oczywiście jak większość napotkanych przez nas osób zarówno w Azerbejdżanie jak i w Gruzji nasi gospodarze są przekonani że "ruskie ubili Kaczyskawo". Staramy się z tym nie dyskutować. Już wiedzą, że dużo podróżujemy na Zakaukazie, pada więc pytanie, którego się spodziewałem, a którego się nieco obawiam: -czy byliśmy w Armenii? Odpowiadam twierdząco. -I podobało się wam? - drążą temat. I tu postanowiłem wybrnąć sprawdzonym sposobem znajomego: - kraj jest interesujący, dużo zabytków, ale tam jest. biednie. - odpowiadam. Stwierdzenie zdało egzamin. Wybrnąłem z trudnego pytania o wrogie państwo. Oczywiście do pobytu w Karabachu się nie przyznajemy, nawet na ulicach w rozmowach po między sobą nie używamy nazwy Karabach ani Stepanakert tylko "senne miasto" - lepiej nie ryzykować posądzenia o szpiegostwo. Przyjęcie kończy się po północy, po wypiciu jeszcze naszej Żubrówki, szto by poprobowa`t. Kończymy bardzo długi i intensywny dzień układając się na wniesionych do naszych pokoi dywanach i materacach. Jest potwornie gorąco, śpimy przy otwartym oknie i drzwiach a dziewczyny dostają jeszcze wiatrak.


Meczet położony na terenie pałacu Szirwanszachów


Baku z innej perspektywy - odbite w szklanej elewacji wieżowca


Meczet w Parku Narodowym w Baku

Wszelkie prawa zastrzeżone © Copyright by kaukaz.pl