zdjęcia i fotografie góry Kaukaz, Gruzja, Armenia, Azerbejdżan, turystyka, podróże, wyprawy, gospodarka, bezpieczeństwo, zabytki, zwiedzanie, trekking, Morze Czarne, wybrzeże, Tbilisi, Batumi, Mccheta, Kazbek, Kazbegi, Wardzia
Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja Terenówką przez ćwierć świata. Iran - Azerbejdzan - Gruzja
strona główna strzalka relacje strzalka Armenia i Gruzja - lipiec 2010

Armenia i Gruzja - lipiec 2010 -

konkurs na najlepszą relację z podróży na Kaukaz 2010

podróż: lipiec 2010r. Armenia, Gruzja

Planowaliśmy rozpocząć podróż w Gruzji i przez Turcję przedostać się do Grecji. Tuż przed zakupem biletów, LOT ogłosił, że otwiera połączenie Warszawa - Erewań i promocyjne bilety były cztery razy tańsze niż jakikolwiek inny sposób dotarcia do Gruzji. Zmieniliśmy więc plan i rozpoczęliśmy w Armenii, zwiedzając jednak tylko Erewań i Khor Virap, w którego zdjęciu zakochaliśmy się przed wyjazdem :) Pobyt na Kaukazie był krótki, lecz z pewnością nie ostatni.

I. 1.7.2010 czw

wyjazd rozpoczął się znakomicie :) Już na lotnisku w Warszawie spotkała nas niespodzianka. Z okazji pierwszego lotu LOTu na tej linii, tuż przy bramkach zorganizowany był ormiański poczęstunek i każdy z pasażerów dostał paczkę z upominkami. Szybko więc poznaliśmy pyszny smak armeńskiego lawasz:) Gdy ruszyliśmy naszym malutkim samolotem pełnym ormian, pani stewardessa wzniosła toast i rozdano wszystkim szampana. Później jeszcze śniadanie, napoje, herbaty i na koniec poduszka z kocem. Fajnie jest nie lecieć choć raz Ryanairem... ;)

II. 2.7.2010 pt

Wiza armeńska na 21 dni (kupowana na lotnisku) kosztuje 3000 dram.

W hali z odbiorem bagażu są budki operatorów komórkowych, gdzie można za darmo odebrać karty sim z jakąś małą sumą pieniędzy.

Do centrum dojechaliśmy  taksówką.

Tę i kolejną noc mieliśmy spędzić u Angeli i jej uroczego synka z CS.

Angela odprowadziła nas na stację metra i całe szczęście, bo okazało się, że wejście jest ukryte między straganem z kwiatami a kebabem (nasze wyjście z tego pasażu było ukryte między gumowymi laczkami a lakierami do paznokci). Żeton na metro kosztuje 50 dram, a jego wyglądu powstydziłyby się co lepsze objazdowe wesołe miasteczka. Linia jest jedna, więc trudno się zgubić, ale bez znajomości armeńskiego alfabetu lepiej liczyć stacje :)

Wysiedliśmy na stacji metra Marshall Baghramian i poszliśmy mniej więcej według wskazówek LonelyPlanet mijając pałac prezydencki i inne tego typu atrakcje.

Na Placu Republiki zabawiliśmy trochę dłużej i poszliśmy w stronę parku i katedry. Opinie, że bez armeńskiego lub rosyjskiego nie da się dogadać, można włożyć między bajki - wszyscy, których pytaliśmy o drogę, jakoś nam ją wytłumaczyli, wszyscy byli bardzo życzliwi i pomocni. Dwójka armeńskich chłopaków zaprowadziła nas kilkaset metrów do innej ukrytej stacji metra.

Katedra nowoczesna, ciekawa ze względu na inny porządek niż u nas, poza tym ładnie położona na wzgórzu.

Wróciliśmy do domu, bo umawialiśmy się z Angelą na zakupy, ale jak się po 1,5 godzinie okazało, zasnęliśmy jak susły na łóżku, jak tylko usiedliśmy.


Coraz bardziej nowoczesne centrum Erewania


Plac Republiki - centralne miejsce Erewania


Plac Republiki - centralne miejsce Erewania


Quen Burger...


W pobliżu stacji metra


Imponująca katedra w Erewaniu


W samym centrum miasta...

III. 3.7.2010, sb

Rano, pojechaliśmy na Plac Republiki, gdzie byliśmy umówieni z Artakiem z CS, jego tatą i taty taksówką (już wcześniej umówilismy się na wycieczkę do klasztoru Khor Virap - kosztowała 10000 dram).

Wieczorem, wraz z Angelą poszliśmy spotkać się z jej przyjaciółmi. Jedliśmy spas czyli śmietanę z pietruszką i selerem na ciepło ;)

Z Kaskady wciąż było widać Ararat! Wokół pełno ludzi, wesołych, bawiących się, rozmawiających, bardzo miła atmosfera.

Spróbowaliśmy wypłacić dramy z bankomatu, ale kolejny raz bez skutku.


Arrarat


Na taki widok czekaliśmy!


Wejście do lochu, w którym więziony był Grzegorz


W lochu trzymano Św. Grzegorza przez 13 lat zanim uzdrowił króla przez co nawrócił całą Armenię za jednym zamachem.


Chrzest


Wewnątrz monastyru


Jedna ze ścian budynku


Widok na Khor Virap z pobliskiego wzgórza


Targowisko w centrum Erewania


Jedno z wielu punktów sprzedaży kwasy - idealny na upalne dni


Orange ;)


Na szczycie Kaskad

IV. 4.7.2010, nd

Rano, zgodnie z przewidywaniami, łatwo trafiliśmy do ambasady i oddaliśmy swój głos spełniając obywatelski obowiązek. Nie będą jednak o nas mówić w telewizji, bo prócz nas spodziewają się około 30 głosujących. Potem pojechaliśmy na dworzec, by udać się do Tbilisi. Marszrutki miały jeździć co godzinę (7500 dram na osobę), ale nie wszystko jest takie proste. Czekaliśmy od 11 trzy godziny, aż auto się zapełniło. Ostatecznie jechało nas 15 osób na 14 miejsc + wielka pluszowa panda. Może dlatego, że byliśmy pierwsi, a może bo byliśmy mili, dostaliśmy jedyne miejsce przy oknie, a była to duuża wygoda.

W marszrutce z nami jechał Amerykanin, który podróżuje od dłuższego czasu. Na niego wypadło siedzenie z pandą ;) Więcej turystów nie było.

Ogólnie  w marszrutce przy oknie nie jedzie się źle. Trzeba się przyzwyczaić, że głowa co jakiś czas uderza w sufit, a czyjeś nogi są prawie na twoich ;).

Granice przekracza się pieszo, z własnym bagażem na plecach. Trochę to trwa, ale nie ma raczej problemów. Poznany w marszrutce Amerykanin okazał się pomocny w odnalezieniu się w Tbilisi. Miasto od razu wydaje się bardziej europejskie. Są duże, sieciowe sklepy, szerokie ulice (co nie przeszkadza oczywiście kierowcom tworzyć o jakieś 2 pasy więcej niż jest na prawdę), a ludzie nawet wyglądają dużo bardziej europejsko, mężczyźni już nie noszą swoich obcisłych, świecących, armeńskich polo, a kobiety dużo częściej odsłaniają nogi.

U Dana z CS mamy swój własny pokój z balkonem, łazienką i widok na całe miasto z 12 piętra. I pyszny obiad.


Czkekając na marszrutkę...


...nawiązują się znajomości


W drodze do Tbilisi


Widoki z okna


Część mieszkalna Tbilisi

V. 5.7.2010 pn

Wyruszamy rano jeżdżącym terytorium Stanów Zjednoczonych na wycieczkę Gruzińską Drogą Wojenną - Dan szkoli gruzińskich pograniczników i jeździ dyplomatycznym samochodem. Jedziemy z nim oraz z Qati - szesnastoletnią Swanetką.

Pierwszy przystanek to kościół w Ananuri - jest jeszcze piękniejszy niż na zdjęciach.  Stary kościół i nowy, wokół nich twierdza, a u podnóży jezioro z turkusową wodą. Wszędzie spokój i żadnych turystów.

Po drodze mijamy za to miejscową ludność sprzedającą czapki z owcy i inne skarpetki. Mniej więcej w połowie, tuż przy drodze ze źródeł wypływa woda i osadza na skałach trawertyn tworząc wapienne schody podobne do Pamukkale. Lepsze, bo jesteśmy na nich całkiem sami. Gdzieniegdzie wypłukuje się też żelazo tworząc czerwone wstęgi.

Kazbegi to całkiem spora wioska. Zatrzymaliśmy się na chwilę na "rynku", gdzie beztrosko hasała czarna świnia ;). Tam miejscowi oferują noclegi oraz dojazd na górę do Kmida Sameba (kościoła Trójcy Świętej). Droga tam składa się wyłącznie z dziur z wodą. Spędzamy trochę czasu w górach. Kazbek jest niestety za chmurami. W górach pasą się krowy - niby nic niezwykłego, ale gruzińskie krowy mają 1,20m wysokości, pasą się same bez żadnych łańcuchów i gdy przychodzi pora na spanie, same grzecznie schodzą z gór do własnej obórki. Wydaje się to bardzo wygodne dla hodowców ;)

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do restauracji. Po podwórku chodziły krowy i świnie przyglądając się jak jemy khinkali - pierogi z wieprzem i wołem i mtswadi - kawałki smażonego mięsa.

W czasie rozmowy okazało się, że swego czasu tata Qati porwał mamę Qati w celu wzięcia jej za żonę (taki zwyczaj...). Jej rodzice bardzo się kochają i żyją szczęśliwie. Na pytanie "Ale teraz już tak się nie robi?" odpowiedziała "Nie". Po chwili jednak dodała "Nie tak często"...


Twierdza Annanuri


Jedna ze ścian kościoła


Główne wejście


Gdzieś w górach - czekając na turystów


Pomnik przyjaźni radziecko - gruzińskiej


Wspaniały widok rozpościera się z punktu widokowego przy pomniku


Kaukaz


Wypływający wapień tworzące malownicze stopnie skalne




Jedna z wiosek mijanych po drodze


Drobny handel w Stepantsminda


Kościół Cminda Sameba


Gruzińska krowa wypasająca się u podnóży góry Kazbek


Z Cminda Sameba w tle


Spojrzenia na Kazbek


Z powrotem w dół


Widok na miasteczko Stepantsminda


Cminda Sameba



Jedna ze słynnych wież Gruzińskiej Drogi Wojennej


Góry Kaukazu


Mtswadi


Khinkali

Wszelkie prawa zastrzeżone © Copyright by kaukaz.pl